Wywiad z N. Wesołowską

Natalia Wesołowska – Queen of the World 2011

Wywiad przeprowadzony przeze mnie dla Globmiss w marcu 2012 roku

Witam Cię Natalio! W imieniu wszystkich Czytelników Globmiss i swoim własnym bardzo serdecznie Ci gratuluję! 3 grudnia z Niemiec dotarła do nas radosna wiadomość – Polka, Natalia Wesołowska, została Queen of the World 2011! Dla wszystkich fanów wyborów Miss to wielka radość. Chciałoby się krzyknąć „Królowa jest tylko jedna. Natalia!” Ale nie ukrywam, że niewiele o Tobie wiadomo. Kim zatem jest Natalia Wesołowska?

Na początku chciałam bardzo podziękować za gratulacje i miłe słowa. Nazywam się Natalia Wesołowska, mam 20 lat. Jaka jestem, nie będę mówić, bo ciężko tak o sobie opowiadać 🙂 Od 2 lat studiuję na Uniwersytecie Ekonomicznym w Katowicach na kierunku Finanse i Zarządzanie w Ochronie Zdrowia. Staram się nigdy nic nie planować, bo nie lubię negatywnych rozczarowań. Tak więc nie mam sprecyzowanych planów na przyszłość, jestem ciekawa, co przyniesie los. Chcę, jak na razie, ukończyć z sukcesem studia. Marzeń nie będę zdradzać, nigdy tego nie robiłam i myślę, że w tym tkwi też jakiś sekret. Jeśli chodzi o moje zainteresowania i o to, jak spędzam wolny czas, to nie będę chyba za bardzo oryginalna. Uwielbiam spotykać się z moimi znajomymi, bliskimi, rodziną i z nimi przebywać, chodzić do kina, słuchać muzyki. Lubię spontaniczne wyjazdy weekendowe, albo nawet w środku tygodnia do różnych ciekawych miejsc. Poza tym od wielu lat trenuję siatkówkę w klubie Płomień Sosnowiec. Myślę, że jest to sport, który dał mi dobrą szkołę życia i pomógł ukształtować charakter. Gdybym miała lepsze warunki fizyczne, tzn. najważniejsze – odpowiedni WZROST – to chciałabym się zajmować siatkówką zawodowo, jako sposobem na życie. No, ale niestety nie mam…

By mówić o mojej przygodzie z Queen of the World zacznę od początku. Pierwszy raz w wyborach Miss brałam udział w 2009 roku. Był to konkurs Miss Śląska i Zagłębia Nastolatek. Zostałam tam 1 Wicemiss i taki sam sukces udało mi się odnieść już na finale ogólnopolskim, gdzie zdobyłam tytuł 1 Wicemiss Polski Nastolatek 2009. Po tym wydarzeniu przez pierwsze 2 tygodnie była wrzawa, lecz później wszystko się uspokoiło i tak zostało aż do lutego 2011 roku. Wtedy właśnie odbywał się w Katowicach casting do konkursu Queen of Poland 2011. Można powiedzieć, że znalazłam się tam przypadkiem 🙂 Udało mi się przejść przez kolejne etapy tego konkursu i dotrzeć do finału ogólnopolskiego organizowanego na Wyspach Kanaryjskich. Chyba dzięki egzotycznemu klimatowi panującemu na Wyspach, zdobyłam tytuł Queen of Poland 2011, bo konkurencja była na wysokim poziomie. Na finale międzynarodowym Queen of the World 2011 znalazłam się dzięki Panu Andrzejowi Cichockiemu, prezesowi Agencji Maxima-Models, który jest organizatorem wyborów Queen of Poland w Polsce. Dostrzegł we mnie potencjał i postanowił wysłać mnie do Berlina na światowy finał.

Queen of Poland? To stosunkowo mało znany i popularny w naszym kraju konkurs. O Miss Polonia, czy Miss Polski w mediach jest głośno, o Queen of Poland wiadomo niewiele. Czy mogłabyś choć trochę przybliżyć go Czytelnikom? 

No właśnie, mam nadzieję, że uda nam się wraz z Globmiss, wspólnymi siłami rozsławić Queen of Poland, ponieważ według mojej opinii wszystkie konkursy piękności mają jedynie inne nazwy, a różnica między nimi polega tylko na tym, że finał Queen of Poland jest co roku organizowany w ciepłych krajach. Ja osobiście bardzo miło wspominam te wybory. 

Wróćmy do Queen of the World. Konkurs odbywał się w Niemczech, ale częściowo również w Polsce. Z udziałem w nim nie był związany żaden egzotyczny wyjazd. Czy mimo to Niemcy czymś Cię zaskoczyły, zachwyciły, rozczarowały? No i czy jako poniekąd gospodyni imprezy było Ci łatwiej, czy trudniej, niż innym uczestniczkom?

Ogólnie zgrupowanie trwało prawie 2 tygodnie, a z tego tylko 3 dni spędziliśmy w Polsce. Mnie osobiście bardzo ten fakt ucieszył, że dziewczyny będą mogły zobaczyć mój kraj, a ja będę mogła porozmawiać po polsku 🙂 Podczas pobytu w Polsce, jako gospodyni, wcale nie było mi łatwiej, bo byłam, powiedzmy, bardziej „na świeczniku”. Jeśli chodzi o mieszkańców Niemiec to muszę przyznać, że zaskoczyli mnie i to pozytywnie. Każda z nas była traktowana bardzo dobrze, równo. Niemcy okazali się ciepłymi i przyjaznymi ludźmi, zupełnie innymi niż powszechnie panująca o nich opinia.

Co, oprócz Niemców, najbardziej Cię zaskoczyło w czasie trwania konkursu i jakie są Twoje najzabawniejsze i najgorsze wspomnienie z tego czasu? A może jest coś, czego żałujesz?

Myślę, że nic mnie nie zaskoczyło aż tak bardzo, aby o tym mówić. Wszystko było tak, jak miało być. Mam wiele miłych i zabawnych wspomnień z wyjazdu. Jednym z nich jest np. organizator konkursu w Berlinie Reiko, który przed każdym wyjściem w telewizji mówił: „GIRLS CONTROL YOUR PUPU”, a później dziewczyny go przedrzeźniały w autokarze. Złych wspomnień raczej nie mam, może jedynie moment, w którym musiałyśmy z powrotem wyjechać z Polski do Niemiec.

Jak oceniasz organizację gali finałowej? Jaka atmosfera panowała w trakcie samego koncertu finałowego?

Gala finałowa była zorganizowana w największym salonie AUDI w Niemczech. Był to kilkupoziomowy salon, nowoczesny, elegancki. Na środku scena, stworzona specjalnie na naszą galę. Gdy włączono światła, było naprawdę jak z bajki. Atmosfera była dobra, myślę że żadnej z dziewczyn nie pokonał stres. Wszystkie się wspólnie mobilizowałyśmy i podtrzymywałyśmy na duchu. Ja na widowni miałam dużą grupę wsparcia z Polski. Przyjechali mi kibicować moi bliscy, rodzice, siostra, kuzyni, wujkowie, ciocie, więc dodali mi oni tylko skrzydeł.

Wspomniałaś, że z koleżankami – konkurentkami nawzajem się wspierałyście. Czyli, jak rozumiem, atmosfera między Wami była sympatyczna i nie odczuwałaś rywalizacji? Z którą Miss najbardziej się lubiłaś w trakcie zgrupowania? Jak dziewczyny znosiły intensywne przygotowania?

Jeśli chodzi o atmosferę, to było bardzo sympatycznie. Większość spośród prawie 50 dziewczyn z różnych krajów była bardzo miła. Oczywiście zdarzyło się parę wyjątków, ale zazwyczaj tak jest. Miałam bardzo udaną grupę dziewczyn, z którymi trzymałyśmy się razem, tzn.: Litwa, Turcja, Tajlandia, Niemcy, Alpy, Łotwa, Nowa Zelandia, Ghana, no i Polska:) Jeśli chodzi o przygotowania, to były one bardzo intensywne i pracowite przez cały okres 2 tygodni. Organizatorzy zadbali o to, aby nam się nawet przez 5 minut nie nudziło. Miałyśmy kilka nagrań do znanych w Niemczech programów telewizyjnych. Dojazd do stacji zajmował czasem nawet 8 godzin, więc miałyśmy mało czasu na sen. Dużo zwiedzałyśmy, miałyśmy kilka sesji zdjęciowych. A także przyjemność odwiedzić bardzo dobre restauracje w Berlinie. Próby choreograficzne zaczęły się dopiero 2 dni przed galą. Było dosyć intensywnie, lecz atmosfera była na tyle zabawna i dobra, że chyba żadna z dziewczyn nie odczuła zmęczenia.

Nieodłącznym elementem każdego konkursu piękności są krążące w kuluarach plotki, sensacyjki, skandale. Jak było na konkursie Queen of the World 2011? Czy podczas zgrupowania krążyły w kuluarach jakieś plotki na temat imprezy, innych dziewczyn i Ciebie osobiście? Przy okazji możesz je potwierdzić lub zdementować.

Niestety muszę stwierdzić, że żaden dziennikarz żądny sensacji i skandali nie miałby o czym pisać. Wszystko było dopięte na ostatni guzik, głównie dzięki Izie i Reikowi. Jeśli były jakieś niewygodne sytuacje, to ja o nich nie mam pojęcia, ale myślę, że takie rzeczy się bardzo szybko rozchodzą, więc na pewno by do mnie dotarły.

Impreza zakończyła się dla Ciebie bardzo szczęśliwie – zdobyłaś główny tytuł. Czy spodziewałaś się zwycięstwa, czułaś się faworytką, a jeśli nie, to kogo typowałaś do korony? I uchyl chociaż rąbka tajemnicy – jaka jest recepta na taki sukces?

Muszę przyznać, że nawet przez myśl mi nie przeszło, że to właśnie ja mogłabym wygrać. Miałam marzenie, aby chociaż wejść do finałowej 10, żeby rodzinie „wstydu” nie przynieść. Patrząc jedynie na urodę, to typowałam dziewczynę z Federacji Rosyjskiej, lecz nie tylko wygląd tu się liczył. Było naprawdę kilka bardzo ładnych dziewczyn, które zasługiwały na główny tytuł. Wysoko też obstawiałam moją koleżankę z Nowej Zelandii.

Myślę, że nie ma takiej jednej recepty na to, aby wygrać jakikolwiek konkurs piękności. Jurorzy oceniają wszystko. Przebywają z uczestniczkami bardzo często, o czym dziewczyny czasami nawet nie wiedzą. Oczywiście ważna jest uroda i zgrabne ciało, ale to jest kwestia gustu. Ponieważ każdy ma inne upodobania, lubi inny styl i ma inne pojęcie piękna. Przez to, że np. z nami osoby z jury przebywały często, to zdążyły nas poznać. Charakter też jest oceniany, sposób zachowania, relacje z innymi kandydatkami. Są to bardzo ważne rzeczy, które często przemawiają na korzyść dziewczyny, a czasami wręcz przeciwnie.

Jak zareagowały na Twoje zwycięstwo konkurentki? I jak Twój sukces został przyjęty w Polsce i za granicą? Czy coś się w Twoim życiu zmieniło od czasu, gdy założyłaś koronę? Posypały się kolejne propozycje?

Myślę, że każdy był w szoku, tak jak ja. Ale dziewczyny gratulowały mi i miałam wrażenie, że od większości były to szczere słowa. Po powrocie do Polski miałam bardzo intensywny i pracowity czas. Teraz trochę wszystko się uspokoiło, ale nadal odbieram ciekawe telefony. Jeśli chodzi o propozycje, to nie zdradzę, ponieważ wciąż trwają rozmowy i mam nadzieję, że zaowocują one podpisaniem jakichś umów lub kontraktów.

Co, poza koroną oczywiście, przywiozłaś sobie z Niemiec i z konkursu Queen of the World?

Na pewno przywiozłam bardzo dużo zdjęć i wspomnień. Znajomości również, z dużą częścią dziewczyn jestem w kontakcie na Facebooku. Jeśli chodzi o pamiątki, to nie miałyśmy prawie wcale czasu na zakupy. Udało mi się jedynie zdobyć kolorowe pocztówki z napisem „I Pozdrawiam wszystkich bardzo serdecznie, do usłyszenia! 🙂

Wywiad z E. Raszyńską

Emilia Raszyńska – I Vicemiss Polonia 1999; reprezentowała Polskę na konkursach Miss International 2000 i Miss Universe 2000

Wywiad przeprowadzony przeze mnie dla oficjalnej strony Miss Polonia w lutym 2012 roku

Spotkać się można z opinią, że dziś wybory Miss wymierne korzyści dają tylko dziewczynom z małych miasteczek. Otwierają im drzwi do świata modelingu, a dzięki sukcesom odniesionym w takiej zabawie w swoich lokalnych społecznościach stają się one „gwiazdami”. Te, które żyją w wielkich metropoliach, mają dużo więcej szans i możliwości, żeby zaistnieć w tej branży nawet bez udziału w konkursach piękności – agencje modelek, licznie organizowane castingi, media. Czy tak jest rzeczywiście, czy to tylko stereotyp? Czy losy Emilii Raszyńskiej, potoczyłyby się tak samo, gdyby nie zdecydowała się na start w wyborach Miss Polonia? Czy byłaby w tym samym miejscu, w którym jest dzisiaj? Czy konkurs w czymkolwiek jej pomógł? Jak go wspomina? Sprawdźmy.

Moja przygoda z konkursem Miss Polonia zaczęła się w moim rodzinnym mieście w Szczytnie. W 1999 roku za namową rodziny i znajomych postanowiłam wziąć udział w wyborach Miss Szczytna. Rok wcześniej siedziałam na widowni tegoż konkursu w Szczytnie i gdyby ktoś mi wówczas powiedział, że za rok będę jedną z uczestniczek, uznałabym, że jest niespełna rozumu.

W tamtym okresie studiowałam równocześnie w Kolegium Nauczycielskim i zaocznie na Akademii Wychowania Fizycznego, byłam zwyczajną studentką. Uwielbiałam muzykę, przyrodę, podróże. „Wystartowałam” trochę wbrew sobie, bo na co dzień miałam mało wspólnego z sukienkami, spódnicami i butami na obcasie. Byłam typem dziewczyny w Martensach, lubiącej rockową muzykę i taki też miałam styl ubierania się. Konkurs piękności w Szczytnie uznałam za niezobowiązującą zabawę w Miss na dodatek w doborowym towarzystwie koleżanek biorących w nim udział. Myślałam, że moja przygoda rozpocznie się i zakończy w Szczytnie. Nie spodziewałam się, że to dopiero początek…

Jak wiadomo droga do finału Miss Polonia jest długa, trzeba przejść przez kilka etapów. Emilia poradziła sobie znakomicie.

Dzień wyborów w Szczytnie wspominam z uśmiechem i wielkim sentymentem. Patrząc z perspektywy czasu widzę, jak nieporadnie się w tym wszystkim czułam. W dzień konkursu zjawiłam się w szczycieńskim MDK-u jak zwykle w Martensach i w „bojówkach” (rodzaj spodni). Na miejscu były już przygotowane sceniczne stroje, buty, były panie od makijażu. Weszłam, przebrałam się, ładnie mnie umalowano i na scenę wyszłam jako zupełnie inna dziewczyna. Było trochę stresu, kiedy zobaczyłam salę pełną ludzi. Na szczęście opanowałam nerwy i po pierwszym wyjściu czułam się już swobodnie. Ogłoszenie werdyktu było dla mnie dużym zaskoczeniem. Okazało się, że oprócz najważniejszego tytułu, Miss Szczytna, nagrodzono mnie jeszcze kilkoma innymi tytułami, łącznie z Miss Publiczności i Miss czytelników lokalnej gazety.

Jako Miss Szczytna byłam zobowiązana do reprezentowania swojego miasta w wyborach Miss Warmii i Mazur. Tak więc siłą rozpędu wzięłam udział w kolejnym etapie.

Konkurs odbywał się wtedy w Ostródzie. Szczytno reprezentowałam ja i jeszcze dwie koleżanki. Przygotowania do imprezy upływały w miłej atmosferze, aczkolwiek wyczuwałam już pewną presję otoczenia. Na widowni finałowej gali oprócz rodziny i znajomych zapowiedzieli się włodarze mojego miasta, szczycieńska gazeta, dyrektor i pracownicy MDK-u. W dzień finału kilka godzin przed koncertem przyjechała moja Mama i z rozbrajającą szczerością stwierdziła, że we fryzurze misternie ułożonej przez panie fryzjerki wyglądam jak w kasku, że to uczesanie w ogóle mi nie pasuje i że najlepiej będzie włosy po prostu umyć, wysuszyć, makijaż ograniczyć do minimum i na tym koniec stylizacji.

Do pomysłu Mamy podeszłam z pewnym dystansem ;-), bo jak to – wszystkie dziewczyny mają elegancko uczesane włosy, pięknie upięte, a ja mam wystąpić bez żadnej fryzury, naturalnie?! Nic to, posłuchałam rad Mamy, zmyłam kilogramy lakieru i wystąpiłam ze „zwykłymi”, rozpuszczonymi włosami. Przy okazji znikło napięcie związane z występem, bo przecież i tak nikt mnie nie zauważy, skoro nie mam fryzury na miarę wyborów Miss;-). Gala dobiegła końca, przyszedł czas na ogłoszenie werdyktu. I tu znowu spotkało mnie miłe zaskoczenie: zaczęło się od tytułu Miss Foto, później kolejne wyróżnienia, aż w końcu ten najważniejszy tytuł – Miss Warmii i Mazur. Największą przyjemność sprawił mi jednak tytuł Miss Publiczności, byłam w końcu w obcym mieście, z którego również startowały urodziwe kandydatki. Gratulacjom nie było końca. Z radością odkryłam, że te wszystkie „babskie” czynności zaczynają sprawiać mi przyjemność, a chodzenie na obcasach wcale nie jest takie trudne. To był fajny okres odkrywania i cieszenia się swoją kobiecością.

Jako Miss Warmii i Mazur reprezentowałam nasz region w półfinałach wyborów Miss Polonia w Bielsku Białej. To był czas intensywnych przygotowań, dziewczyn było bardzo dużo. Dało się wyczuć już odrobinę rywalizacji. Półfinały zakończyły się dla mnie pomyślnie i tym sposobem znalazłam się w konkursie finałowym Miss Polonia, który miał odbyć się za kilka miesięcy w Warszawie. Do finału zakwalifikowała się również moja koleżanka z wyborów Miss Warmii i Mazur, Magda Podwojewska, z którą zaprzyjaźniłyśmy się i stworzyłyśmy zgrany tandem.

Teraz gra toczy się już o naprawdę wysoką stawkę – koronę, samochód, splendor, popularność i możliwość reprezentowania Polski na arenie międzynarodowej.

Przygotowania do wyborów Miss Polonia odbywały się w podgarwolińskiej miejscowości. Przez dwa tygodnie byłyśmy w kompletnej izolacji od świata. Nikt nie mógł nas odwiedzać, ani my nie miałyśmy prawa wyjścia. Czas upływał na ćwiczeniu choreografii. Było trochę jak w wojsku.;-) W ramach konkursu Miss Polonia miał odbyć się również nieobowiązkowy konkurs talentów. Niektóre dziewczyny przygotowywały się do popisów. Magda Podwojewska zaprezentowała się jako tamburmajorka, Dorota Gardias śpiewała a Dorota Czaja przygotowała etiudę taneczną. Ja również miałam wziąć udział w tym wydarzeniu i zaprezentować swoją grę na skrzypcach w utworze ze „Skrzypka na dachu”, ale w dzień konkursu stchórzyłam. Strach przed grą w Sali Kongresowej był tak silny, że musiałam zrezygnować, co Pan Andrzej Meżerycki, reżyser gali finałowej, miał mi długo za złe.

Finał konkursu odbył się w Sali Kongresowej. Emocje były tak duże, że nie pamiętam wiele z tego wydarzenia. Ocknęłam się, jak wyczytywano moje nazwisko z tytułem I vice Miss Polonia. Korona Miss przypadła w udziale Marcie Kwiecień, jednak moją faworytką była Dorota Czaja. Z Dorotą poznałyśmy się lepiej kilka lat po wyborach, w trakcie kręcenia filmu reklamowego dla jednej z firm. Spędziłyśmy ze sobą kilka fajnych dni w Pradze. Później spotykałyśmy się jeszcze przy okazji pokazów mody, w których brałyśmy udział. Bardzo miło ją wspominam i kibicuję jej we wszystkim, co robi. Ostatnio miło było zobaczyć ją w serialu „Tancerze”.

Tytuł I vice Miss Polonia wiąże się z pewnymi obowiązkami, najczęściej miłymi i pozwala troszkę zakosztować sławy.

Z tytułem I vice Miss wróciłam do Szczytna. W skali mojego miasta to był wielki sukces, choć ja konkurs traktowałam jako przygodę, nowe doświadczenie.

Zaraz po powrocie rozdzwoniły się telefony z gratulacjami. Proszono mnie o wywiady w gazetach, radiu, lokalnej telewizji. W Szczytnie ludzie zatrzymywali mnie na ulicy i gratulowali, byłam nawet zaproszona na sesję Rady Miejskiej, żeby przyjąć gratulacje w imieniu miasta. Również wojewoda warmińsko – mazurski złożył mi gratulacje i podziękowania za promocję naszego regionu:) Nie spodziewałam się takiego przyjęcia z honorami. Bardzo miło to wspominam.

Zabawna sytuacja spotkała mnie w szkole, w której odbywałam praktyki nauczycielskie. Zaraz po powrocie z finałów Miss Polonia przez kilka kolejnych dni nie mogłam wyjść z klasy na przerwę. Klasa była pełna uczniów proszących mnie o autograf. Tego się nie spodziewałam. Dzieci miło mnie zaskoczyły.

Jako I vice Miss Polonia brałam udział w imprezach i koncertach pod patronatem Biura Miss Polonia. Dostałam też kilka zaproszeń na castingi do filmów i programów telewizyjnych. Jednak mieszkając w Szczytnie nie miałam chęci na częste wyjazdy do Warszawy i korzystanie z tych propozycji.

Zdobycie diademu I vice Miss Polonia nie oznacza automatycznie prawa reprezentowana Polski na międzynarodowych konkursach piękności. A jednak wiele laureatek tego tytułu otrzymało taką szansę. Emilia Raszyńska nawet dwukrotnie.

Kilka miesięcy po finale Miss Polonia czekał mnie kolejny konkurs – Miss Universe. Tym razem imprezę tą zorganizowano na Cyprze. Brało w niej udział 80 dziewczyn z całego świata.

Kompletnie nie wiedziałam, czego mogę spodziewać się po tym konkursie. Ówczesne władze Biura Miss Polonia w żaden sposób nie przygotowały mnie do tego wyjazdu. Biuro zapewniło mi tylko jedną suknię do występu finałowego. Poleciałam sama, bez żadnego mentalnego przygotowania. Po przylocie okazało się, że jestem jedną z niewielu dziewczyn, która pojawiła się zupełnie sama, bez żadnego wsparcia ze strony krajowego biura Miss, z jedną walizką i niepewnością w oczach. Inne koleżanki miały po kilka walizek strojów, doczepiane koczki, włosy, rzęsy oraz kilka osób ze sobą. Można sobie wyobrazić, jak się czułam. Jedynym „dobrym duchem“, na którego pomoc mogłam liczyć, była Pani Maria Georgiju, Polka pracująca w cypryjskiej gazecie, która zadała sobie dużo trudu, żeby mnie odnaleźć. Dostęp do nas – uczestniczek konkursu był bardzo ograniczony. Zajmowałyśmy całe piętro w hotelu, gdzie byłyśmy pilnowane przez policję. Poruszałyśmy się po Cyprze trzema autokarami z kordonem Policji i ochroniarzy. Pani Maria jakoś do mnie dotarła. Dodawała mi otuchy 🙂

Konkurs Miss Universe to zupełnie nowa jakość, której nigdy wcześniej nie zaznałam. Nad przygotowaniem uczestniczek pracowały sztaby ludzi. Zgrupowanie przed konkursem trwało trzy tygodnie. Wszystko było zaplanowane co do minuty. Pełen profesjonalizm.

Te tygodnie kojarzą mi się z ciężką pracą, ciągłymi podróżami po Cyprze. Miałam wrażenie, ze ambicją organizatorów było to, żeby zobaczył nas każdy mieszkaniec Cypru;-) Dzięki temu stałyśmy się rozpoznawalne na tej małej wyspie. Najlepszy dowód? Po konkursie postanowiłam zostać tydzień dłużej z moim bratem i kuzynem, którzy przylecieli na finał Miss Universe. W hotelu w którym mieszkaliśmy, zostałam rozpoznana jako jedna z uczestniczek, dzięki temu nie musiałam płacić za pokój, a wszystkie inne atrakcje wyspy stały przede mną otworem 🙂 Ludzie na Cyprze żyli tym konkursem. To był dla mnie bardzo miły czas.

Wybory Miss Universe 2000 wygrała dziewczyna z Indii – Lara Duta. Uważam, że w pełni zasłużyła na ten sukces. Była bardzo inteligentna, skromna, bił z niej wielki spokój. Miała wrodzoną klasę i to coś, co ciężko określić a co sprawia, że kobieta jest wyjątkowa. Natomiast jeśli chodzi o finałową dziesiątkę to znalazło się tam kilka dziewczyn, na które nigdy bym nie postawiła, ale ocenianie urody jest tak subiektywną sprawą, że trudno doszukiwać się potwierdzenia własnego zdania.

Kolejny konkurs, na którym reprezentowałam Polskę, to Miss International w Japonii. Konkurs o zupełnie innym charakterze niż Miss Universe. Tu organizatorzy przez większość czasu zapoznawali nas z urokami Japonii i z jej odmienną kulturą. Przygotowania do występu finałowego ograniczały się w zasadzie do jednego dnia. Nie było nawet rozmów z jurorami.

Po przyjeździe rozpoznałam w uczestniczkach wiele koleżanek, które poznałam wcześniej na Miss Universe. Dzięki temu czułam się pewniej.

Podczas pobytu zaprzyjaźniłam się z moją roommate – Izraelką Daną Farkash. Pamiętam, że w tym czasie Dana bardzo bała się, że będzie musiała pójść do wojska, taki obowiązek mają kobiety w Izraelu. Akurat odnawiał się konflikt izraelsko – libański. Rzuciło się to cieniem na atmosferę wśród uczestniczek. Miss Libanu nie chciała siedzieć w jednym autobusie z Miss Izraela – Daną. To pokazuje, z jak różnymi sytuacjami mogą mieć do czynienia organizatorzy międzynarodowych konkursów piękności.

Mój pobyt w Japonii obfitował w wiele przygód. W Tokyo, miałam nawet okazję przeżyć a raczej przespać trzęsienie ziemi. Może to i dobrze, bo mieszkałam na 15 piętrze hotelu i w trzęsącym się wieżowcu czułabym się raczej nieswojo.

Podsumowując, najprzyjemniejszym aspektem brania udziału w międzynarodowych konkursach było poznawanie ludzi i odmiennych kultur, zwiedzanie wielu miejsc, nawet tak odległych jak Japonia. Może zabrzmi to jak truizm, ale wszystko, co przeżyłam było dobrą szkołą życia, treningiem umiejętności radzenia sobie w niemal każdej sytuacji.

Bardzo miło wspominam czas wyborów Miss i związane z nimi przygody i znajomości.

Sentyment do konkursu pozostał, czego przykładem jest to, że udało mi się namówić do wzięcia w nim udziału moją siostrę Kasię, która po tym, jak zdobyła tytuł Miss Szczytna w 2002 roku, przechodząc kolejne eliminacje, dotarła aż do finału konkursu Miss Polonia.

Miss jest się tylko przez rok. A później? Jak dalej potoczyło się życie Emilii Raszyńskiej? Czy konkurs Miss Polonia okazał się tylko epizodem, czy sposobem na życie?

Po wyborach do ukończenia studiów mieszkałam w Szczytnie. W 2000 roku przeprowadziłam się do Warszawy, gdzie zaczęłam pracę w internetowym tygodniku społeczno – kulturalnym. Równocześnie pracowałam jako modelka, krótki okres zajmowałam się także prowadzeniem imprez plenerowych.

Dwa lata po tym, jak przeprowadziłam się do Warszawy, poznałam swojego przyszłego męża, który wtedy kontynuował z powodzeniem swoją sportową karierę w Stanach Zjednoczonych. Postanowiliśmy zamieszkać razem. Od tego czasu zaczęła się dla mnie sześcioletnia podróż po świecie. Zmiany krajów zamieszkania związane były ze zmianą klubów sportowych w których aktualnie grał mąż. Były to kolejno: Kanada, USA, Szwecja, Szwajcaria. Jako że moją pasją zawsze były podróże, poznawanie świata, bardzo miło wspominam ten czas.

Po powrocie do Polski ukończyłam studia magisterskie na wydziale socjologii w Collegium Civitas. Obecnie zajmuję się prowadzeniem niedużej firmy z gadżetami reklamowymi. Oprócz tego część mojego czasu związana jest z nieruchomościami. Ukończyłam studia podyplomowe w zakresie wyceny nieruchomości oraz pośrednictwa w obrocie nieruchomościami. Zdobywam kolejne doświadczenia w tym zakresie.

W 2009 roku urodziłam syna – Iwo. Jestem szczęśliwą mamą i żoną, rodzina jest moją radością i oparciem.

Jak widać konkurs Miss Polonia nie odmienił diametralnie życia Emilii Raszyńskiej ale z pewnością na nie wpłynął. Pozostawił miłe wspomnienia i wzbogacił o nowe doświadczenia.

Wywiad z A. Warecką

Amanda Warecka – I Vicemiss Polski 2011

Wywiad przeprowadzony przeze mnie dla Globmiss w lutym 2012 roku

Ma 19 lat. Jest 2 Wicemiss Tourism Queen International of the Year 2011, 1 Wicemiss Polski 2011. Pochodzi z Lublina, lecz obecnie mieszka w Warszawie. W wolnym czasie spotyka się z przyjaciółmi. Gdy chce się zrelaksować, sięga po dobrą książkę – lubi czytać. Jej największym marzeniem jest możliwość podróżowania po świecie, a w przyszłości chciałaby zostać dziennikarką. Brzmi banalnie? Zwykła nastolatka? To, co wyróżnia ją wśród rówieśniczek, to fakt, że jest już w tej chwili jedną z najbardziej utytułowanych polskich królowych piękności i że dzięki swoim sukcesom w tej dziedzinie już dwukrotnie odwiedziła Chiny, a obecnie odbywa w Warszawie staż dziennikarski w telewizji Polsat. I jeszcze jedno ją wyróżnia… Szczerość. Większość królowych piękności udziela „lukrowanych” wywiadów, w których mówią tylko o pozytywnych aspektach udziału w wyborach miss. Amanda Warecka, bo o niej mowa, również podkreśla zalety konkursów piękności, ale zwraca uwagę także i na te mniej przyjemne skutki takiej zabawy. Ale po kolei…

Najpierw wzięłam udział w konkursie Miss Polski Nastolatek 2007. Do pierwszego etapu – wyborów Miss Lubelszczyzny Nastolatek – namówiła mnie mama. Miałam 14 lat, byłam bardzo nieśmiała i nie wierzyłam w siebie. Byłam przekonana, że casting to strata czasu, bo jest mnóstwo piękniejszych dziewczyn ode mnie. Jednak dostałam się dalej. Czas prób i przygotowań do gali finałowej Miss Ziemi Lubelskiej wspominam fantastycznie. Bardzo się zmieniłam. Nauczyłam się robić makijaż, poruszać po scenie, zaczęłam malować paznokcie i kupiłam pierwsze w moim życiu szpilki. Nabrałam pewności siebie i nie ukrywam, że bardzo mi się to spodobało. Poczułam, że to coś dla mnie, że dobrze czuję się przed kamerą, przed aparatem, że może wcale nie jestem nieśmiała. Odkryłam w sobie trochę przebojowości. Pamiętam każdy szczegół z mojej pierwszej sesji zdjęciowej zrobionej przez Kubę Krzysiaka (z którym swoją drogą mam kontakt do tej pory). Pamiętam, jak z wielkim żalem zmywałam makijaż i wychodziłam ze studia.

Poza tym byłam zafascynowana Elą Sawerską, która była organizatorką regionalnych wyborów i to ona nas wszystkiego uczyła. Była wspaniała. Pewna siebie, zawsze zadowolona i pełna energii, chociaż gdy trzeba było, potrafiła tupnąć nogą. Ale to, co mnie najbardziej w niej urzekło, to szczerość. Mówiła nam wprost: „pokażcie, że chcecie wygrać”, mówiła o swoich błędach, swoich pomyłkach, nawet niedoskonałościach. To było zaskakujące. Najpiękniejsza kobieta w Polsce była taka normalna, prawdziwa, ludzka.

Moim zdaniem idealna Miss powinna być pewna siebie, zawsze uśmiechnięta i przede wszystkim naturalna. I dlatego do dziś moją ulubioną Miss Polski jest właśnie Elżbieta Sawerska. Jest szczera, autentyczna, szalenie inteligentna. Podoba mi się jej energia i przebojowość. Jest dziewczyną, obok której nie da się przejść obojętnie 😉

Po wygraniu wyborów Miss Ziemi Lubelskiej Nastolatek i po przejściu kolejnych etapów, pojechałam na zgrupowanie Miss Polski Nastolatek. Nie do końca czułam się jak na konkursie, traktowałam to bardziej jak kolonie. Poznałam mnóstwo dziewczyn z całej Polski, w tym Agatę Szewiołę i Anię Wierzbicką, którym później bardzo kibicowałam. Agata Szewioła to druga po Eli moja ulubiona Miss Polski – piękna i delikatna. Polubiłam ją.

W finale Miss Polski Nastolatek zakwalifikowałam się do top 10, co uważałam za wielkie osiągnięcie. Byłam bardzo młoda, nie do końca zdawałam sobie sprawę z tego, jak dużo osób oglądało galę, z tego, że moje zdjęcie ukaże się w gazecie, którą przeczyta więcej ludzi, niż mama i koleżanki. Rówieśnicy zaczęli się mną interesować, choć pojawiły się również niemiłe komentarze. Nie przejmowałam się. Jedyne z czym walczyłam, to ze stereotypem Miss.

Trzeba przyznać, że początek obiecujący. Ale czy ktokolwiek, nawet sama Amanda spodziewała się, że dalej będzie już tylko lepiej?

Konkurs Miss Polski Nastolatek wiele mi dał, z pewnością zapamiętam go do końca życia. Myślę, że właśnie dlatego po 4 latach po raz kolejny zdecydowałam się na wystartowanie, tym razem w ”dorosłym” konkursie 😉 Trochę z sentymentu zdecydowałam się na udział w wyborach Miss Polski, a nie Miss Polonia. To był zaplanowany krok. Mówiono mi, że jestem za młoda – dopiero co skończyłam 18 lat. Ale ja nie chciałam czekać. Chciałam zacząć coś robić, rozwijać się. Nie chciałam prowadzić życia zwykłej nastolatki z Lublina. Musiałam zacząć działać, inaczej byłabym nieszczęśliwa.

Chciałam spróbować swoich sił, przeżyć zgrupowanie po raz drugi i nie ukrywam, że liczyłam na wysokie miejsce, ponieważ zależało mi na udziale w konkursach międzynarodowych 😉

Nie żałowałam tej decyzji ani przez chwilę. Osiągnęłam cel, z czego bardzo się cieszę. Mimo, że nie wygrałam, to dzięki konkursowi Miss Polski dostałam staż w Polsacie, dwa razy pojechałam do Chin, przeprowadziłam się do Warszawy. Było warto! Każdej dziewczynie polecam wzięcie udziału w wyborach miss – jeśli się nie uda, to trudno, ale jeśli tak, to może być początek czegoś niezwykłego.

Zaraz, zaraz… Nie uprzedzajmy faktów. Amanda odbyła długą drogę i dopiero na jej końcu czekał na nią staż w Polsacie i dwukrotna podróż do Chin…

Pierwszym etapem były wybory Miss Ziemi Lubelskiej 2011, do których w ogóle się nie przygotowałam, ponieważ odbywały się kilka dni przed moją maturą. Szczerze mówiąc byłam tylko na jednej próbie. Choreografia nie była skomplikowana, dlatego nie miałam z nią problemu. Natomiast przez to, że nie załapałam się na żadną z prób na scenie, na gali nie zauważyłam schodka i… przewróciłam się. Byłam pewna, że nie mam szans na żaden tytuł, pozostało mi już tylko dobrze się bawić. Nawet podczas prezentacji zażartowałam, że moją pasją jest wywracanie się na scenie, wszyscy się roześmieli. Ku mojemu zaskoczeniu wygrałam. Wygląda na to, że dystans do siebie i autentyczność wypadają lepiej od najlepiej opracowanych prezentacji.

Kolejnym etapem był ćwierćfinał Miss Polski, który przypominał bardziej casting. Zupełnie się nie stresowałam, ponieważ tytuł Miss Ziemi Lubelskiej gwarantował mi przejście do półfinału. Zgrupowanie półfinałowe trwało 2 tygodnie i to tam zaczęła się prawdziwa nauka prezentacji, choreografii, zdjęcia, wywiady itd. Półfinał wspominam bardzo ciepło, wiele osób mi kibicowało. Poznałam dziewczyny z całej Polski, z niektórymi nawet się zaprzyjaźniłam i mam kontakt do dzisiaj.

Ostatni etap, zgrupowanie przedfinałowe Miss Polski, był podobny do półfinału. Nie było plotek ani żadnych sensacji. A przynajmniej do mnie nic nie dotarło. Byłam w pokoju z cudownymi dziewczynami – Gosią Bieńkowską, Olą Witkowską i Dayaną Grabarek. Z nimi najbardziej się zaprzyjaźniłam, dobrze się ze sobą dogadywałyśmy. Wydaje mi się, że nie mogłam trafić lepiej 😉 Wciąż utrzymujemy kontakt, to głównie zasługa Facebook’a. Gosia ma mnie nawet niedługo odwiedzić 😉

Nie było między nami atmosfery konkurencji. Na konkursach międzynarodowych, jak się później miałam przekonać, da się odczuć, że dziewczyny są zdeterminowane, że przyjechały po koronę i traktują to bardziej jak pracę, a nie zabawę. W Polsce wiele dziewcząt zgłasza się, ponieważ ktoś je namówił, nie do końca wiedzą, czy to coś dla nich. Czasem chcą wracać do domu po kilku dniach. Jest więc zupełnie inaczej. Ja traktowałam moje współlokatorki jak siostry, a cały konkurs jak zabawę. Nie jestem typem zazdrośnicy, plotkary, staram się być zawsze pozytywna i życzę wszystkim tego, co najlepsze. Wierzę, że to, co dajemy, wraca do nas z podwójną siłą. Codziennie rozmawiałyśmy, zwierzałyśmy się, opowiadałyśmy sobie o naszych problemach, chłopakach. Radziłyśmy siebie nawzajem. Często się śmiałyśmy, często rozmawiałyśmy do późnej nocy i rano z trudem wstawałyśmy. Pamiętam, że każdego ranka biegłyśmy, żeby się nie spóźnić na choreografię, która odbywała się o 10 min. drogi od naszego hotelu. I za każdym razem obiecywałyśmy sobie, że następnym razem położymy się wcześniej i dotrzemy spokojnie na czas. Niestety brakowało nam konsekwencji 😉 Co do nauki, to dla mnie była to raczej powtórka z tego, czego nauczyłam się na poprzednim konkursie. Mimo wszystko miło było przypomnieć sobie. jak to jest ćwiczyć, przyjmować uwagi i pracować nad własną prezentacją.

Z takim przygotowaniem, doświadczeniem i podejściem, finałowa gala wydawała się być dla Amandy już tylko formalnością.

Byłam jednak trochę zdenerwowana. Na pewno chciałam dać z siebie 110 %, wykonać układ i zaprezentować się tak, żebym mogła za 20 lat pokazać zdjęcia i filmy moim dzieciom i powiedzieć: „mama kiedyś była piękną i fajną dziewczyną;)”. Na portalach społecznościowych pisali do mnie obcy ludzie, którzy życzyli mi powodzenia, kibicowali mi. To było bardzo miłe. Również moja rodzina, znajomi, przyjaciele, trzymali mocno kciuki. Nie chciałam ich zawieść. Cała gala minęła zaskakująco szybko.

Myślę, że byłyśmy do niej świetnie przygotowane. Najbardziej w pamięci zapisała mi się choreografia do pokazu bielizny. Połowa z nas była przebrana za ”lolitki”, dominowały cukierkowe kolory, a muzyka była bardzo słodka i dziewczęca. Moja grupa była zupełnym tego przeciwieństwem. ”Wampy” (tak zostałyśmy nazwane) były bardzo seksowne i wręcz prowokujące. Miałyśmy na sobie czarno-czerwoną lateksową bieliznę. I nieskromnie muszę przyznać, że dałyśmy kawał świetnego show. To głównie zasługa Ani, naszej pani choreograf. Do tego nasze fryzury i makijaże były na najwyższym poziomie.

Najlepsza podczas uczestnictwa w show tego typu jest energia publiczności, która Ci się udziela. To niesamowite! Jesteś na scenie, przed Tobą tłum ludzi, którzy cieszą się, krzyczą, klaszczą. A Ty przecież tylko idziesz 😉 Pamiętam, że zastanawiałam się, czy awansuję do Top 10 nie z chęci osiągnięcia celu, powodem było to, że chciałam nałożyć czerwoną sukienkę wieczorową, która bardzo mi się podobała. Ale skłamałabym, gdybym powiedziała, że nie chciałam wygrać. Chciałam. Myślę, że każda z nas gdzieś tam po cichu na to liczyła.

Każda z dziewczyn była piękna, każda była inna, a jak wiadomo, gusta są różne. Jedni lubią blondynki, inni brunetki. Jury miało trudny wybór. Przyszedł moment ogłoszenia wyników. Na początku przyznano tytuły komplementarne. Tytuły Miss Internetu i Miss Publiczności przypadły mi. Był to dla mnie ogromny zaszczyt. Zupełnie się tego nie spodziewałam. Nie jestem typem osoby, która mówi swoim znajomym: „proszę, zagłosuj na mnie”. Wtedy wydawało mi się, że tak to właśnie działa. 4 Wicemiss została Ewelina Radgowska, 3 Wicemiss Justyna Karłowska, 2 Wicemiss Marta Kownierowicz, 1 Wicemiss ja. Wygrała Angelika Ogryzek… Szczerze mówiąc moją faworytką była Marta Kownierowicz. Angelika wydaje mi się nieco subtelniejsza.

Dla wielu dziewczyn tytuł 1 Wicemiss Polski i dwa tytuły komplementarne to szczyt marzeń. Ale nie dla Amandy. Jej pozostał pewien niedosyt…

Nie ukrywam, że chciałam wygrać. Nie, nie odczuwałyśmy żadnego faworyzowania ze strony organizatorów ani podczas zgrupowania, ani podczas samego finału. Ale wśród fanów i obserwatorów konkursu byłam faworytką i wiedziałam o tym. Byłam bardzo niezadowolona z tego powodu, ponieważ największa uwaga skupia się zawsze na faworytkach, przez co wszyscy starają się wytknąć im nawet najmniejszy błąd, niedoskonałość. A my jesteśmy przecież tylko ludźmi, takimi jak wszyscy inni. Nie jesteśmy doskonałe. Wydaje mi się, że wiele osób o tym zapomina i stawia sobie za punkt honoru znalezienie jak największej ilości wad w kandydatkach na miss. Często na forach internetowych pisano o mnie i Marcie Kownierowicz, więc byłyśmy pod największym ostrzałem. A jednak żadna z nas nie wygrała…

Kiedy ogłoszono mnie 1 Wicemiss sama do końca nie wiem, co czułam w ”pierwszej chwili”. Wszystkie wicemiss mówią, że to wspaniałe uczucie i że były przeszczęśliwe. Prawda jest taka, że najbardziej przegrany jest ten, kto jest najbliżej wygranej. No cóż, mówi się trudno, liczyłam się z tym. Być może potrzebowałam takiego zimnego prysznica, momentami byłam zbyt pewna siebie…

Teraz, kiedy upłynęło już kilka miesięcy i emocje opadły mogę szczerze powiedzieć, że czuję radość, ogromną wdzięczność za wszystkie oddane na mnie głosy. Tytuł 1 Wicemiss Polski oraz Miss Polsatu i Plotka są ogromnym zaszczytem. Szczególnie, że tytuły komplementarne to werdykt tak wielu ludzi! Cieszę się, że mogłam wziąć udział w tych wyborach i miałam okazję poznać świetne dziewczyny i współpracować ze wspaniałymi ludźmi.

Czy osiągnęłam to, na co liczyłam decydując się na udział w konkursie Miss Polski? Myślę, że tak. Chociaż jestem zodiakalnym Skorpionem, a to bardzo ambitne osobowości, które zawsze walczą o najwyższą stawkę. Na pewno wielu rzeczy się nauczyłam. I ku mojemu zaskoczeniu odkryłam, że czasem to, co wydaje się porażką, jest tak naprawdę czymś lepszym niż to, co wydawało nam się wygraną 😉

Dla wszystkich laureatek konkursu Miss Polski rozpoczęły się nowe obowiązki. Zaczęły one również odczuwać zarówno plusy, jak i minusy wynikające z posiadanych tytułów…

Plusów jest mnóstwo, dla mnie największy to oczywiście wyjazdy 😉 Jeśli chodzi o minusy, to tak naprawdę ja nie widzę żadnych. Wydaje mi się, że to kwestia podejścia. Jestem optymistką. Staram się zawsze skupiać na tym, co dobre. Co do obowiązków, najważniejszym z nich jest reprezentowanie Polski na arenie międzynarodowe

No właśnie. Amanda jest chyba jedyną polską miss, która wzięła udział w dwóch różnych międzynarodowych konkursach piękności, posiadających innych organizatorów i odbywających się w różnych terminach, które jednak miały miejsce w tym samym kraju – w Chinach i oba mają prawie identyczną nazwę.

To prawda, nazwy były podobne, lecz konkursy zupełnie inne.

Pierwszy z nich, Miss Tourism Queen of the Year International 2011, wspominam lepiej. Nie, nie dlatego, że odniosłam sukces i zostałam 2 Wicemiss. Było nas – uczestniczek 50. Moją współlokatorką była dziewczyna z Panamy, trzymałyśmy się jeszcze z dziewczynami z Łotwy i Indii (później Hinduska wygrała). Przede wszystkim świetnie się bawiłyśmy. To był naprawdę wspaniały czas. Mieszkałyśmy w najlepszych hotelach. Poznałyśmy Chiny z różnych stron, codziennie zwiedzałyśmy ten kraj, codziennie mogłyśmy zobaczyć coś nowego. Byłyśmy w wioskach, gdzie panowała bieda i brud, a następnego dnia brałyśmy udział w bankiecie charytatywnym z chińskimi milionerami. Szybko się zaaklimatyzowałam w nowym otoczeniu. Mało spałyśmy i czasem jadłyśmy posiłki w biegu, bywało nawet tak, że jadłyśmy jedzenie z KFC w autokarze żeby nie tracić czasu. Dziewczyny były zdeterminowane. Widać było, że nie przyjechały tu na wakacje, były świetnie przygotowane, miały po 5 ogromnych toreb z ubraniami i kosmetykami. Większość z nich od rana nosiło makijaż ze sztucznymi rzęsami i brokatem, jednak dla mnie taki makijaż o 6 rano to przesada. Malowałam się skromniej, naturalniej. Mimo determinacji wszystkie byłyśmy dla siebie miłe, pomagałyśmy sobie i wspierałyśmy, kiedy któraś bardzo tęskniła za domem lub po prostu miała gorszy dzień. Pamiętam, że miałam tylko jedną wieczorową sukienkę, a potrzebowałam dwóch, więc moja współlokatorka Caroline chciała pożyczyć mi swoją najlepszą suknię. To było bardzo miłe. Oczywiście nie zgodziłam się na to, przyjęłam nieco skromniejszą sukienkę 😉 Grafik naszych zajęć był bardzo napięty. Wstawałyśmy o 6, czasem 5.30, a kładłyśmy się spać po 1. Często byłyśmy bardzo zmęczone, więc ustanowiłyśmy zakaz narzekania, żeby mieć jak najwięcej pozytywnej energii. Nie liczyłam zupełnie na nic. Nauczona doświadczeniem z poprzedniego konkursu traktowałam te wybory jako przygodę, a ponieważ Chiny mnie fascynowały, chłonęłam każdą wycieczkę jak gąbka 😉 Miałam dużo szczęścia, gdyż dziewczyny z którymi się trzymałam, miały podobne nastawienie. Jedną z rzeczy, która mnie zaskoczyła, było to, jak Chińczycy reagowali na mój typ urody. Przed wyjazdem ktoś mi powiedział, że mają bzika na punkcie blondynek o niebieskich oczach. Nie spodziewałam się, że na tak dużą skalę. Przez pierwsze kilka dni kiedy było nas tylko 18, ja byłam jedyną blondynką. Wszyscy mnie zaczepiali, dotykali moich włosów, pytali, czy noszę soczewki kontaktowe i robili mi zdjęcia. Nie wiedziałam, co mam o tym myśleć. Z jednej strony to było bardzo miłe, z drugiej nieco krępujące. Dziesiątki fotografów towarzyszyło nam każdego dnia. To była dla mnie nowość. Kiedyś widząc trzy aparaty naraz, nie wiedziałam co ze sobą zrobić, będąc na tym zgrupowaniu po trzech dniach czułam się zupełnie swobodnie przy 30tu fotoreporterach. Jedzenie mi nie za bardzo smakowało. Prawdziwy szok przeżyłam, kiedy dowiedziałam się, że Chińczycy lubią żuć surowe nóżki kurczaków. Tamtego dnia nie zjadłam prawie nic na kolację.

Drugi konkurs – Miss Tourism Queen International, odbywał się w Święta Bożego Narodzenia. Moją współlokatorką była dziewczyna z Łotwy, Eva. Od razu złapałyśmy świetny kontakt. To niezwykłe, jak wiele może łączyć tak różne osobowości. Do tej pory codziennie rozmawiamy na Skype, Eva odwiedzi mnie w marcu, a ja ją w kwietniu 😉 Dziewczynom było ciężko, bardzo tęskniły za domem i często o tym rozmawiałyśmy, więc niestety takie nastawienie i mi się udzieliło. Nigdy jeszcze tak nie tęskniłam za domem. Jakby tego było mało, miałyśmy jeszcze więcej zajęć niż na poprzednim konkursie. Było bardzo ciężko. Na szczęście moi bliscy dawali mi ogromne wsparcie, mnóstwo pozytywnej energii, dzięki czemu świetnie się bawiłam. Na tych wyborach było prawie 100 dziewczyn, wszystkie od początku obstawiały, kto zajmie jakie miejsce. Czułam konkurencję i nieprzyjemną atmosferę na każdym kroku. Wszystkie były spięte, a zmęczenie potęgowało rozdrażnienie. Wiele dziewczyn się kłóciło. Ja i koleżanki, z którymi się trzymałam (mówiono na nas „Russian Mafia”) starałyśmy się zachowywać dystans od tego wszystkiego. Kiedyś nawet doszłyśmy do wniosku, że skoro jest nas sto, to każda z nas ma 1% szans na wygraną 😉

Jak powszechnie wiadomo, podróże kształcą. Dzięki tym wyjazdom wiele się nauczyłam, poczułam prawdziwą patriotką. Byłam dumna z tego, że mogę reprezentować mój kraj. Z chęcią opowiadałam o Polsce, zachwalałam nasze jedzenie, piękne dziewczyny oraz krajobrazy. Ponadto, odkąd pamiętam, podróż do Chin była moim marzeniem, kultura tego kraju zawsze bardzo mnie fascynowała. A to wspaniałe uczucie, gdy marzenia się spełniają 🙂

Tytuł 1 Wicemiss Polski Amanda otrzymała w sierpniu ubiegłego roku. Za nią zaledwie 5 miesięcy „urzędowania” – to nawet nie połowa, a mimo to doświadczeń może jej pozazdrościć niejedna Miss, która już dawno przekazała koronę 🙂 Gdyby miała teraz pomóc innym dziewczynom w przygotowaniach do konkursu międzynarodowego, to jakich rad by im udzieliła, przed czym ostrzegła?

Ależ, ja mam nadzieję, że moje wyjazdy do Chin to dopiero początek 🙂 Bardzo chciałabym jeszcze pojechać na jakiś międzynarodowy konkurs piękności. Jak już wspominałam, marzę o tym, żeby podróżować. Nie wiem, na jaki konkurs mogłabym pojechać, przyznam się, że nie śledzę tego, jak wyglądają poszczególne tego typu imprezy. Jedyne, co bym zmieniła, gdybym mogła cofnąć czas to to, że sama zrobiłabym sobie fryzurę i makijaż na finał podczas pierwszego międzynarodowego konkursu. Pamiętam, że gdy spojrzałam w lustro przed galą pomyślałam, że ktoś zrobił mi kiepski żart. Poza tym nie mam sobie nic do zarzucenia, dałam z siebie wszystko, a nawet więcej 😉

Rady? Pierwszą i najważniejszą rzeczą jest to, że nigdy nie wiadomo, kto wygra. To ogromne konkursy, wielkie przedsięwzięcia, trzeba dawać z siebie wszystko. Poza tym mimo pozorów, to ciężka praca. Chodzenie w szpilkach przez całe dnie może nie wydaje się katastrofą, ale jeśli budzisz się z napuchniętymi i pozdzieranymi stopami i dowiadujesz się, że po raz kolejny musisz być w tych szpilkach cały dzień, jesteś bliska załamania. Ale nie możesz narzekać, każda dziewczyna ma ten sam problem. Ważna jest wytrwałość i elastyczność, często zmieniano nam grafik w ostatniej chwili. Kiedyś miałyśmy pół godziny na przygotowanie się do bankietu. Byłyśmy po wielogodzinnej wędrówce na słońcu, każda z nas potrzebowała prysznica, musiała umyć włosy, przebrać się, zrobić makijaż. Łazienka była jedna na 2 osoby. Musisz wyglądać perfekcyjnie, w końcu po to tu przyjechałaś. Pamiętam, że jedna z dziewczyn nie zdążyła i robiła sobie makijaż na bankiecie pod stołem, podczas gdy my słuchałyśmy przemówienia – to było zabawne 😉 Liczą się różne rzeczy. Nie będę oryginalna – przede wszystkim uśmiech! To jedna z najważniejszych cech Miss. Druga sprawa to komunikatywność, dziewczyna powinna być miła, przyjacielska, pomocna. Nikogo nie interesuje naburmuszona miss, która wiecznie jest z czegoś niezadowolona i do nikogo się nie odzywa. Poza tym Królowa Piękności powinna mieć to coś, co wyróżnia ją spośród innych dziewcząt. Powinna mieć klasę, być zaradna i opanowana. Sztuka wypowiadania się jest również znaczącym elementem. Ale przede wszystkim powinna czuć się piękna nie tylko zewnętrznie, ale i wewnętrznie. Być odporna na krytykę. Mówi się, że wybory miss to konkurs piękności, lecz nie zawsze wygląd jest najważniejszy…

Amanda Warecka to dziewczyna, która ma odwagę realizować swoje marzenia. Życzymy jej, by wszystkie jej się spełniły. A sobie życzymy, by wśród przyszłych kandydatek na Miss było jak najwięcej takich „Amand” – pięknych, mądrych i szczerych dziewczyn, godnych koron Międzynarodowych Królowych Piękności…

Wywiad z M. Płochocką

Monika Płochocka – finalistka Miss Polonia 2010; I Vicemiss World University 2011

Wywiad przeprowadzony przeze mnie dla Globmiss w styczniu 2012 roku

Witam Cię Moniko!

Przede wszystkim to w imieniu Globmiss i wszystkich Twoich fanów bardzo serdecznie gratuluję Ci wspaniałego występu na konkursie World Miss University i wielkiego sukcesu – tytułu 1 Wicemiss. Wszyscy mocno trzymaliśmy za Ciebie kciuki, jak widać – pomogło 🙂

Witam wszystkich Czytelników Globmiss!

Bardzo dziękuję! To zdecydowanie wielki sukces, nie tylko mój, ale przede wszystkim ludzi, którzy zaangażowali się w to przedsięwzięcie! Zaczynając od samego początku: Biuro Miss Polonia, projektanci – Elwira Horosz, Teresa Kopias, marka Desperado i But S – oni stworzyli niezbędne dla mnie zaplecze, suknie i buty. Politechnika Warszawska, Moi Bliscy oraz Damian Stroiński, wieloletni fan wyborów Miss, zmobilizowali mnóstwo osób, które przez 10 dni głosowały w wyborach on-line. Dzięki nim bardzo długo byłam w pierwszej trójce, a ostatecznie uplasowałam się na 6-tym miejscu, wyprzedzając tym samym wiele kandydatek z krajów, w których populacja i przede wszystkim popularność wyborów Miss jest dużo większa. Na końcu wspomnę o najważniejszej osobie, mojej Mamie, która koordynowała wszystko w Polsce i bez której trudno byłoby cokolwiek tak dobrze zgrać. Jestem bardzo zadowolona z tego werdyktu; jak mogłabym nie być przynosząc Polsce zaszczytne drugie miejsce! Przykro mi, że nie udało się powtórzyć sukcesu Ewy Wachowicz z 1993 roku, ale tytuł 1 Wicemiss był i jest dla mnie ogromną niespodzianką! Tym bardziej, że w tym roku były 64 finalistki, każda reprezentująca inną osobowość, inny typ urody. Zwyciężczyni konkursu Siria z USA, jest bardzo sympatyczną dziewczyną i życzę jej, by jak najlepiej wykorzystała nadchodzący rok.

W ubiegłym roku na łamach Globmiss pojawił się wywiad ze zwyciężczynią tego konkursu w 2010 roku Katie Farr. Jednak jej spojrzenie na ten konkurs będzie inne, gdyż jest Brytyjką, a nie Polką. Przybliż więc proszę trochę ten mało znany w Polsce konkurs piękności. Czym różni się on od innych tego typu wyborów, np. Miss World, czy Miss Universe?

Och, przede wszystkim jest mi szalenie przykro, że ten oryginalny i jedyny w swoim rodzaju konkurs jest, jak wspomniałaś, jeszcze tak mało znany w Polsce. Słowem wstępu: organizacja World Miss University powstała 25 lat temu i jest organizacją pokojową. To nie są zwykłe wybory piękności. Do konkursu rekrutowane są, już na szczeblach krajowych, jedynie studentki. Są to młode kobiety z dobrymi wynikami naukowymi, aktywnie działające w akcjach charytatywnych, nie stroniące od trudnych i często przykrych tematów. Oczywiście uroda również jest bardzo istotna, w końcu to wybory Miss. Ale ciekawym faktem jest to, że przecież na każdym kontynencie definicja piękna trochę się różni, co można zauważyć obserwując kandydatki, ich sposób ubierania się, zachowania, mówienia, zainteresowania uczestniczek i tak dalej. Jury bierze pod uwagę wszystkie te czynniki. Mówiąc jednym słowem – ocenie podlega to, jaką jesteś kobietą i co sobą reprezentujesz. W znaczeniu zarówno fizycznym jak i intelektualnym.

Wspomniałaś o Katie, World Miss University 2010. To bardzo fajna kobieta. Poznałyśmy się na stoku narciarskim i długo rozmawiałyśmy. Okazało się, ze łączy nas wiele tematów i zainteresowań. Przez kilka dni jej pobytu w Korei dało się zauważyć, ze to nie tylko nieprzeciętnie piękna, ale również inteligentna osoba, która będzie u mnie zawsze mile widzianym gościem.

Co Ci się najbardziej podobało w czasie zgrupowania WMU i co było dla Ciebie najtrudniejsze? Jak oceniasz organizację zgrupowania?

Najbardziej podobały mi się codzienne akcje charytatywne, fora naukowe i na rzecz pokoju oraz wizyty w różnych miastach. Nasz wyjazd nie ograniczał się jedynie do przygotowania gali finałowej, każdego dnia robiłyśmy coś dobrego dla innych ludzi i jednocześnie dla siebie samych. Czynienie bezinteresownego dobra uskrzydla i jest zaraźliwe; to coś niesamowitego. Choć były też trudne momenty. Krótkie noce, obolałe stopy, ciągły makijaż. Po takim wyjeździe niezbędne jest kilka dni odpoczynku i regeneracji.

Co Cię najbardziej zaskoczyło w czasie trwania konkursu i jakie są Twoje najzabawniejsze i najgorsze wspomnienie z tego czasu? A może jest coś, czego żałujesz?

Największym zaskoczeniem było to, że przez połowę wyjazdu codziennie jadłyśmy fast fooda; albo na obiad, albo na kolację! A najgorsze wspomnienie… Wiem! Podczas pokazu talentów pokazywałam m.in. swoje prace wykonane haftem krzyżykowym. Dałam je do obejrzenia gościom zebranym na przyjęciu, ale niestety prace już do mnie nie wróciły… Może tak bardzo się spodobały? 🙂 Czy jest coś, czego żałuję? Szkoda, że podczas gali finałowej nie było na sali nikogo z Polski. Ale otuchy dodała mi myśl, że relację na żywo oglądało bardzo dużo osób, bliskich i obcych, które mi kibicowały. Dałam z siebie wszystko, co mogłam!

No właśnie, jak oceniasz organizację gali finałowej? Jaka atmosfera panowała w trakcie samego koncertu?

Na scenie bardzo dużo się działo. Poza różnorodnymi wyjściami finalistek, takimi jak śpiewanie piosenki, układ taneczny, pokazy talentów, złożenie przysięgi Ambasadorek Pokoju i pokazu w różnych strojach był też koncert znanego zespołu popowego. Atmosfera była życzliwa, wszystkie dziewczyny sprawdzały się nawzajem przed wyjściem na scenę; czy mają poprawiony makijaż, czy wszystko było na swoim miejscu i najważniejsze – czy mają dobrze przypiętą szarfę. W końcu kto rozpoznałby nas na scenie bez numerka?!

Tak pozytywnie wyrażasz się o, bądź co bądź, konkurentkach. Czy atmosfera podczas zgrupowania była zawsze sympatyczna?

Ciężko wybrać tylko jedną dziewczynę. Zazwyczaj staram się poznać wszystkich. Bardzo polubiłam się z moją współlokatorką z Filipin. Może dzięki temu, że byłyśmy od siebie zupełnie inne, to nigdy nie nudziłyśmy się w pokoju. Atmosfera na wyjeździe była bardzo miła; choć w 64 – osobowej grupie nie dało się uniknąć tworzenia mniejszych grup. Było to głównie spowodowane językiem, jakim posługiwały się dziewczyny. Kandydatki Ameryki Łacińskiej czy krajów, w których mówi się po rosyjsku lub chińsku po prostu częściej spędzały ze sobą czas. Ale zawsze, kiedy była okazja lub potrzeba, pomagałyśmy sobie, pożyczałyśmy różne rzeczy, czy nawet zszywałyśmy sobie nawzajem sukienki!

Nieodłącznym elementem każdych wyborów piękności są krążące w kuluarach plotki, sensacyjki, skandale. Jak było na Twoim konkursie?

Było dużo zabawnych sytuacji, ale nie przypominam sobie żadnych złośliwych. Na przykład na początku gali miałyśmy zaśpiewać piosenkę. Podczas prób okazało się, że dużo dziewczyn albo nie umie śpiewać, albo nie zna tekstu i tylko rusza ustami. Wyglądało to śmiesznie; na szczęście jakoś wyćwiczyłyśmy tę piosenkę i mam nadzieję, że ostatecznie udało nam się zrobić dobre widowisko. Ale zdecydowanie byłyśmy lepszymi tancerkami niż muzykami.

Cały konkurs odbywał się w Korei Płd. Czy miałaś okazję choć trochę poznać ten kraj?

Z pewnością bardzo dużo zwiedziłam i wydaje mi się, że sama nie byłabym w stanie zobaczyć tylu i takich miejsc w Korei. Czy poznałam ten kraj? Tak i nie. Uwielbiam wycieczki i atrakcje turystyczne. Ale uważam, że podróże mają największy sens, jeśli uda nam się wejść w prawdziwy świat i poznać choć trochę życie przeciętnego człowieka. Co, z oczywistych przyczyn, nie było tym razem możliwe. Ale wspomnień mam co nie miara. Zachwycił mnie krajobraz, 70% obszaru Korei Południowej stanowi teren górzysty i tradycyjna architektura. Dużo podróżowałyśmy po całym kraju, dlatego też miałam mnóstwo okazji do oglądania przepięknych pejzaży. Za to rozczarowało mnie to, że w każdej restauracji podawane były tradycyjne sztućce! Tylko w niektórych można było jeść pałeczkami. A to właśnie one nadają orientalny charakter azjatyckim potrawom, jedzenie smakuje wtedy zupełnie inaczej. Odmienna jest też kultura jedzenia pałeczkami, co szalenie interesowało nie tylko mnie, ale i inne uczestniczki. Już od jakiegoś czasu fascynuję się Orientem, uczę się nawet języka chińskiego. Ten wyjazd był moim pierwszym do Azji. Także z pewnością na zawsze pozostanie mi w pamięci.

Co w takim razie przywiozłaś sobie z Korei Płd. i z konkursu World Miss University?

Mam bardzo dużo zdjęć, statuetkę za zajęcie drugiego miejsca i medal Ambasadora Pokoju nadany przez Prezydenta miasta Hwacheon. Niestety nie miałyśmy okazji, żeby kupić pamiątki, czego bardzo żałuję. Mam nadzieję nadrobić straty podczas następnej wizyty w Azji; kto wie, może już niedługo… Na razie to, co zostaje dla mnie, to przyjaźnie na całym świecie i wspomnienia. Nie da się ich zmierzyć żadną miarą, na zawsze pozostaną w moim sercu…

Zapytałam już chyba o wszystko, za wyjątkiem jednego… Jaka jest Monika Płochocka – 1 Wicemiss World University 2011?

Mam 21 lat i mieszkam w Warszawie. Studiuję na Politechnice Warszawskiej. Uwielbiam wymyślać i tworzyć, dlatego też nie jest mi obcy udział w różnych projektach, wymianach studenckich i wydarzeniach kulturalno-naukowych. Cechuje mnie kreatywność i optymizm, obcowanie z innymi ludźmi sprawia mi ogromną radość. Choć zdarzają się momenty, w których mam czas dla samej siebie. Lubię jeździć na rowerze i obserwować otaczający świat, ludzi i naturę. Moim wielkim hobby są sporty wodne, a życiową pasją – taniec. Marzenia… Jest ich wiele, staram się je powoli spełniać. Bez zbytniego pośpiechu; często jest to kwestia przypadkowego momentu i zbiegu okoliczności. Takie nieprzewidziane sytuacje sprawiają największą radość!

Wszystkich, którzy chcieliby mnie bliżej poznać, zapraszam na mój funpage, na którym zamieszczam wszystkie aktualne wydarzenia i inicjatywy, w których biorę udział!

W imieniu Globmiss i własnym bardzo dziękuję Ci za rozmowę!

Ja również bardzo dziękuję! Mam nadzieję, że wywiad ten będzie dobrym łącznikiem starego i nowego roku oraz zmotywuje Czytelników do podejmowania wszelakich wyzwań, spełniania marzeń i odwagi w poszukiwaniu samych siebie. W tym roku mamy na to jeszcze ponad 11 miesięcy!

Wywiad z A. Wojciechowską

Adrianna Wojciechowska – reprezentowała Polskę na konkursie Miss International 2011

Wywiad przeprowadzony przeze mnie dla Globmiss w styczniu 2012 roku

Witam Cię Ado! Przede wszystkim to w imieniu Globmiss i wszystkich Twoich fanów bardzo serdecznie gratuluję Ci występu na konkursie Miss International. Wszyscy mocno trzymaliśmy za Ciebie kciuki. Naprawdę zgrupowanie w Twoim wykonaniu było udane, tym bardziej, że tak niewiele miałaś czasu na przygotowanie się, zaledwie kilka dni!

Rzeczywiście, o udziale w konkursie dowiedziałam się tak naprawdę w ostatniej chwili. Po przylocie z Włoch do Polski cały czas spędziłam w Agencji Igo-Art. w Łodzi, gdzie codziennie przygotowywano mnie do wyjazdu. Do Chin potrzebna była wiza, strój narodowy, suknie wieczorowe i wiele, wiele innych. Pani Jagoda Włodarczyk wzięła mnie pod swoje skrzydła, była świetnie zorganizowana, stanęła na wysokości zadania. Gdyby nie ona, żaden wyjazd nie byłby możliwy w tak krótkim czasie. Oprócz przymiarek strojów – kilka spotkań z dziennikarzami, wizyta w telewizji itd. Był to bardzo intensywny czas. Dla przykładu mogę podać, że suknia narodowa Miss Indonezji „szyła się” pół roku !! Jestem bardzo wdzięczna Agencji Igo-Art za udzieloną mi pomoc i wsparcie!

Mimo, że wybory Miss International organizowane są od 50 lat i zaliczane do top 3 światowych konkursów piękności, to w Polsce wciąż nie jest to konkurs bardzo znany. Przybliż go zatem trochę czytelnikom.

Pierwsze skojarzenie, gdy myślę Miss International – działalność charytatywna. Podczas pobytu w Chinach wiele dni miało podobny rozkład: wcześnie rano śniadanie, pakowanie walizek i wyjazd autokarem w trasę. Tam spotkania ze sponsorami, występy, zwiedzanie, cały czas towarzyszyły nam lokalne media. Obiad w zaprzyjaźnionych restauracjach i zmiana miejsca. Powrót do hotelu w nocy. Konkurs odebrałam w ten sposób, że my – miss przyciągałyśmy uwagę lokalnych partnerów (do tego wszechobecne media), każdym naszym występem, pokazem mody, zarabiałyśmy środki, które na koniec miesięcznej „misji” zostały przeznaczone na szczytny cel. Pod koniec naszego pobytu zorganizowano debatę, gdzie 20 wylosowanych dziewczyn mogło wypowiedzieć się, na jaki rodzaj działalności chciałyby takie środki przekazać.

Wspomniałaś, że impreza odbywała się w Chinach – konkretnie w mieście Chengdu. Czy poznałaś trochę ten kraj? Co Cię w nim zachwyciło, a co przeraziło lub rozczarowało? Co zapamiętasz na zawsze, a czego najbardziej Ci tam brakowało?

Miasto Chengdu było dla mnie jak niekończąca się opowieść. Codziennie przejeżdżałyśmy setki kilometrów, każdego dnia widziałam coś innego, odmiennego, oryginalnego. To, co mnie zachwyciło, to mnóstwo motocykli – jednoślad to bardzo popularny środek transportu w Chinach, natomiast to, co wyróżnia go spośród innych – motocykle w Chinach są zasilane energią elektryczną! Brawo dla odważnych decyzji władz!

To, czego mi najbardziej brakowało – internet. W hotelu, chociaż na najwyższym poziomie, brakowało sprawnie działającego, darmowego wi-fi. Dodatkowo portale społecznościowe, takie jak Facebook, są w Chinach zablokowane. Miałam utrudnioną możliwość dzielenia się informacjami z bliskimi i agencją. Kolejnym brakiem był totalnie ograniczony dostęp do bankomatów, a kantor w hotelu wymieniał tylko wybrane banknoty dolara amerykańskiego. Niestety przeważnie nasze banknoty były odrzucane pod byle pretekstem – zagięty róg, przebarwienie. Podsumowując – to, co się zabrało ze sobą z kraju (kosmetyki, gotówka) musiało nam wystarczyć na cały pobyt – nie było możliwości dokupienia chociażby lakieru do włosów.

Dużym plusem była ilość atrakcji jaką organizatorzy nam zapewniali – wiele zwiedzałyśmy, brałyśmy udział w prestiżowych wydarzeniach. Konkurs Miss International 2011 na zawsze zostanie w mojej pamięci, była to przygoda życia, wyjątkowe miejsca, które miałam okazję zwiedzić, dziewczęta i wspomnienia zostaną na długo.

No właśnie, wspomniałaś o dziewczętach. Z którą z nich najbardziej się lubiłaś w trakcie zgrupowania Miss International? Czy atmosfera była sympatyczna, czy też dało się odczuć rywalizację? Jak dziewczyny znosiły intensywne przygotowania?

Dzieliłam pokój z Miss Włoch, bardzo się zaprzyjaźniłyśmy. Mamy kontakt do tej pory, Anthea odwiedzi mnie w Mediolanie w lutym! Wszystkie dziewczyny zostały podzielone na grupki około 10-cio osobowe. Zżyłam się z moją grupą. Jest pomysł zorganizowania wspólnego spotkania za rok, mamy nadzieję, że uda nam się. Najłatwiej jest zaprzyjaźnić się z tymi, z którymi spędza się najwięcej czasu. Ale dziewczyny z innych grup też były sympatyczne i pomocne. Mile zapamiętam Miss Tajlandii, która ze swoją znajomością języka chińskiego kilka razy pomogła mi rozwiązać problem. Bardzo serdecznie zapamiętam również Miss Tanzanii – która zawsze potrafiła mnie rozśmieszyć, a także Miss Kolumbii, Aruby i Białorusi.

Spędziłyście ze sobą kilka tygodni. To bardzo długi i zapewne niełatwy czas. Co Ci się najbardziej podobało w trakcie zgrupowania MI i co było dla Ciebie najtrudniejsze? Co Cię najbardziej zaskoczyło w czasie trwania konkursu i jakie są Twoje najzabawniejsze i najgorsze wspomnienie z tego okresu? A może jest coś, czego żałujesz? Jak oceniasz organizację zgrupowania?

Organizacja była poprawna. Czasami zmieniano grafik dnia w ostatniej chwili, gdy już podczas zbiórki w holu głównym okazywało się, że potrzebujemy dodatkową sukienkę czy inne buty. Dni przeznaczone na zwiedzanie były dla mnie fascynujące, pokazano nam wiele ciekawych, niepowtarzalnych miejsc. Była to wspaniała wyprawa życia, tym bardziej, że wyjazd do Chin od zawsze był jednym z moich największych marzeń! Najbardziej w pamięć zapadła mi wizyta w szkole podstawowej. Przebywanie z dziećmi, przyglądanie się ich jakże odmiennym od naszych zabawom i zwyczajom – bezcenne!

Rzecz, której najbardziej żałuję… Na taki wyjazd 30 kg bagażu to jednak mało. Na szczęście nie brakowało mi strojów na każdy dzień i okazję, części wieczorowych sukien nie wykorzystałam, ale by mieć możliwość przebierania się 3 razy dziennie lub więcej należało mieć co najmniej jedną dodatkową walizkę. Ja, z moim nawykiem z modelingu, gdzie noszę proste stroje, a na twarzy puder i maskarę, czułam się czasami wręcz goła. Na taki konkurs wyruszać bez sztucznych rzęs, doczepianych włosów i kilogramów biżuterii ani rusz! Makijaż wieczorowy od samego rana – polecam naukę przed wyjazdem dla debiutantek. Ja może byłam momentami zbyt naturalna…

Najgorsze wspomnienie – pierwszy wieczór, gdy prezentowałyśmy stroje narodowe. Dostałyśmy do wyboru – opiekę fryzjerów i makijażystów lub przygotowanie się samemu. Wybrałam to pierwsze. Oddałam również swoją suknię do prasowania. To były dwa ogromne błędy. Suknię dostałam nieruszoną, a włosy, które miały być falami – były nieudolną próbą użycia lakieru i grzebienia. Pierwszy wieczór minął mi w atmosferze nerwów. Później, nauczona doświadczeniem, włosy i makijaż zawsze robiłam sama.

Zwieńczeniem konkursu była oczywiście finałowa gala. Jak oceniasz jej organizację i jaka panowała podczas niej atmosfera?

Przygotowanie gali finałowej oceniam ujemnie. Uważam, że czas poświęcony na próby był zbyt krótki. Następowało bardzo wiele zmian w trakcie przygotowań. Zostałyśmy wszystkie przygotowane na część z przemówieniem dla półfinałowej 15. Niestety, jak się później okazało, ta część została usunięta z programu ceremonii. Nie uwzględniono również etapu początkowego, gdzie każda z dziewczyn miałaby możliwość chociażby przedstawienia się. Nie było w ogóle możliwości pokazania swojej osobowości. W rezultacie finał polegał tylko na prezentacji piękna strojów i urody kandydatek.

Werdykt jury… Co masz do powiedzenia na ten temat?

Marie (red.: zwyciężczyni konkursu z Ekwadoru) typowałam do półfinałowej 15, ale już dalej niekoniecznie. Nie wybrałabym tej kandydatki jako Miss International 2011. Ma śliczną buzię, ale brak jej przede wszystkim znajomości języka angielskiego i komunikatywności. Była bardzo cicha, zawsze na uboczu, nigdy nie widziałam jej w towarzystwie innych dziewcząt. Zastanawia mnie cała obsada Top 3, widziałam bardzo zaskoczone miny innych kandydatek, chyba żadna nie przewidziała takiego finału.

Moje faworytki zmieniały się z biegiem czasu. Zwracając uwagę na piękno i osobowość, typowałabym Miss Kolumbii – była otwarta, bardzo aktywna, mówiła po angielsku, starała się codziennie zamienić kilka słów z każdą z dziewczyn. A przy tym Natalia jest naturalna, cieszyła się z każdego dnia pobytu na zgrupowaniu. Przy tym jest piękna! Tym bardziej jestem zaskoczona, że nie udało się jej wejść do 15tki. Biorąc pod uwagę tylko piękno – zagłosowałabym na Miss Panamy. Była cicha, nie wiem, czy mówiła po angielsku, w ogóle się nie udzielała poza swoją latynoamerykańską grupą. Za to jej urodę zapamiętam na długo! Moim zdaniem wyżej powinna zajść Miss Trinidadu i Tobago oraz Miss Dominikany, a w 15 brakowało mi Miss Boliwii, Indonezji i Hiszpanii. Nie ukrywam, że oceniając swoje szanse na tle innych kandydatek z Europy liczyłam na awans. Jury postawiło jednak na piękności z Ameryki Południowej.

Bardzo dobrze, że o tym wspomniałaś, bo uprzedziłaś moje pytanie 🙂 Chciałam właśnie zapytać, jak sama oceniasz swój występ? Przez cały okres zgrupowania prezentowałaś się dobrze, docierały do nas informacje, że zbierasz gromkie brawa. Gdzie upatrujesz przyczyn swojej porażki? 

To wszystko, co wcześniej wymieniłam jako negatywy konkursu, zgrupowania i finałowej gali, po części składa się również na mój brak sukcesu na finale, ale jestem z siebie zadowolona. Bardzo się starałam, udzielałam się we wszystkich inicjatywach, kilka razy prezentowałam recytację wiersza chińskiego poety DuFu, miałam dobry kontakt z organizatorami i dziewczynami. Żałuję też, że tak późno dowiedziałam się o moim udziale w tej imprezie. Mając więcej czasu na przygotowania, poświęciłabym go na prześledzenie w internecie wcześniejszych konkursów, zaczerpnięcie informacji u poprzednich reprezentantek Polski. Miałabym jeszcze  większą świadomość tego, jak ogromny przepych w ubiorze i makijażu panuje i jest wręcz wymagany na takich wyjazdach.

Podczas trwania konkursu poznałaś kilka poprzednich Miss International – z 2010 i 2009 roku. Jakie zrobiły na Tobie wrażenie?

Ustępująca Miss International z Wenezueli jest piękną kobietą, w pełni zasłużyła na tytuł najpiękniejszej. Natomiast martwił mnie jej brak znajomości języka angielskiego. Wszelkie przemówienia, nawet te kilkuzdaniowe, były przez nią wygłaszane w języku hiszpańskim. Właściwie nie wygłaszane, a odczytywane. MI 2010 podróżując z nami, spędzała czas głównie z grupą hiszpańsko-języczną. Dla odmiany bardzo pozytywne wrażenie zrobiła na mnie MI 2009. Pokazała się jako mądra, pewna siebie kobieta, udzielająca się w wielu organizacjach, biorąca udział w licznych przedsięwzięciach, biegle mówiąca po angielsku, z łatwością nawiązująca kontakt z innymi. Same plusy!

Zapytałam już chyba o wszystko… z wyjątkiem jednego. Jaka jest Adrianna Wojciechowska – Miss Poland International 2011? Przedstaw się proszę.

Mam 25 lat. Pochodzę z Gostynina, małej miejscowości położonej między Kutnem a Płockiem, wiele lat spędziłam w Łodzi, obecnie mieszkam w Mediolanie we Włoszech. Na Uniwersytecie Łódzkim ukończyłam studia magisterskie z Psychologii oraz studia podyplomowe z Prawa Pracy. Czas wolny spędzam z najbliższymi, podróżuję, uczę się języka włoskiego. Uprawiam regularnie sport: pływanie, stretching, wspinaczkę skałkową, co roku jeżdżę na snowboardzie.

Bardzo dziękuję Ci za rozmowę!

Ja również dziękuję. Mam nadzieję, że moje wspomnienia przybliżyły państwu charakter konkursu i będą użyteczną wskazówką dla kolejnych dziewczyn biorących udział w tej imprezie. Serdecznie pozdrawiam wszystkich Czytelników Globmiss!

Wywiad z A. Ścibiorek

Anna Ścibiorek – II Vicemiss Polski 2006

Wywiad przeprowadzony przeze mnie dla Globmiss w styczniu 2012 roku

Właściwie dorosłe życie polega na tym, że trzeba dokonywać pewnych wyborów, ustalić sobie hierarchię wartości, wiedzieć, co jest dla nas najlepsze i najważniejsze. Prawie zawsze coś, odbywa się kosztem czegoś i nie można mieć wszystkiego. Anna Ścibiorek zdecydowała się na start w wyborach Miss Polski 2006, odniosła na nich sukces – zdobyła tytuł 2 Wicemiss, a jednak później podjęła takie decyzje i dokonała takich wyborów, że właściwie w żaden sposób nie wykorzystała tego wyróżnienia. No ale po kolei. 

W 2006 roku byłam 21-letnią dziewczyną, która studiowała doradztwo zawodowe i personalne na jednej z wyższych uczelni w Łodzi. Łączyłam obowiązki pracownika firmy handlowej z nauką, spędzaniem czasu z przyjaciółmi i fotomodelingiem, co nie tylko pozwalało mi na dodatkowe usamodzielnienie się, ale stało się również moim hobby. W wolnych chwilach sama zaczęłam odkrywać tajniki fotografii, a przy tym wszystkim zawsze znajdowałam czas na ukochane podróże. Jako ciekawa świata osoba chciałam poznawać jego najskrytsze zakątki. Marzyła mi się Australia i Nowy York.

Jako osoba spontaniczna decyzję byłam w stanie podjąć w ciągu kilku sekund. Oczywiście z różnymi skutkami 😉 Taką też spontaniczną decyzją był start w konkursie Miss Polski 2006. Akurat w Łodzi był wówczas organizowany konkurs regionalny przez tego właśnie organizatora. Razem z koleżanką, która wystartowała wtedy w Miss Nastolatek Ziemi Łódzkiej stwierdziłyśmy: ”A czemu nie?” Chyba wówczas nie spodziewałam się, że uda mi się dotrzeć aż do finału 😉 Miała być to po prostu przygoda, nie podchodziłam do tego poważnie, na tak początkowym etapie nie myślałam o plusach i minusach konkursu, o tym co będzie później…

Spontaniczna decyzja, ale konsekwentnie realizowana. Jak się powiedziało A, trzeba powiedzieć B. Anna pnie się po kolejnych szczeblach konkursowej drabiny.

Pierwszym etapem jaki musiałam przejść, był konkurs Miss Ziemi Łódzkiej, w którym nie zajęłam żadnego premiowanego miejsca, tylko otrzymałam tzw. „zieloną kartę” od ogólnopolskiego organizatora konkursu, uprawniającą mnie do dalszego udziału w kolejnych eliminacjach. Później pojechałam dzięki tej zielonej karcie na ćwierćfinały ogólnopolskie, awansowałam do półfinału i w końcu do finału. Na każdym z tych etapów czegoś się uczyłyśmy, zbierałyśmy doświadczenie, otwierałyśmy się na zupełnie nowe sytuacje i poznawałyśmy się nawzajem. Myślę, że cała ta droga, którą trzeba przejść od samego początku, jest dobrym przygotowaniem do wielkiego finału dla dziewczyn, które nie miały wcześniej nic wspólnego z kamerami, z wystąpieniami publicznymi, zdjęciami, wywiadami.

Dobrym przygotowaniem było również przedfinałowe zgrupowanie. W 2006 roku trwało ono 3 tygodnie i odbywało się w Kudowie Zdrój. Tam też uczyłyśmy się układów choreograficznych, miałyśmy przymiarki wszystkich finałowych strojów, nagrywałyśmy swoje wizytówki na konkurs smsowy. Sądzę, że dopiero wtedy każda z nas zdała sobie sprawę, jak daleko zaszła. Wszystkie to przeżywałyśmy. Myślę, że słowo przyjaźń to trochę za duże słowo jak na relacje, które były między dziewczynami w trakcie zgrupowania, ale na pewno polubiłyśmy się i wzajemnie wspierałyśmy. Nocne rozmowy pozwoliły nam na stworzenie koleżeńskich relacji. Ja bardzo pozytywnie wspominam wspólne rozterki, śmiechy, łzy z Kamilą Turecką, Olą Kątek oraz Edytą Majeską, czy Karoliną Zagozdon. Teraz niektóre z nich są już mężatkami, prowadzą „dorosłe” życie. Kontakt utrudnia nam odległość, każda z nas jest z innego miasta, chociaż w dzisiejszych czasach Internet i portale społecznościowe tak weszły do naszego życia, że odnalezienie siebie i podtrzymywanie znajomości i tak jest bardzo ułatwione.

Oczywiście wiadomo, że pojawiały się plotki, czy sensacje. Bez nich nie byłoby tak kolorowo. Jak jest telewizja, to muszą być i emocje, i mini – skandale. Moim zdaniem w większości są one bardzo koloryzowane, wręcz wymyślane, ale taki chyba jest świat mediów. Najzabawniejszą plotką, którą wyczytałam o naszym zgrupowaniu była ta o braku wody na zajęciach, na których ćwiczyłyśmy układy choreograficzne. Ktoś naprawdę wykazał się kreatywnością, ponieważ organizator zapewnił nam wszystko, co było nam potrzebne w codziennym życiu na zgrupowaniu. Z tego co pamiętam, niczego nam nie brakowało. Nie łamałyśmy sobie obcasów, ani nie chowałyśmy ubrań. 😉

I w takiej to atmosferze dziewczyny doczekały do finałowej gali.

Sama gala finałowa trwała jak dla mnie bardzo krótko, ale to pewnie dlatego, że stres i emocje były ogromne i towarzyszyły każdej z nas. Za kulisami wielkie zamieszanie: zmiana strojów, poprawa make-upu, włosów, ustawianie się do wyjścia… Z tego wszystkiego sama w jednym z układów się pomyliłam, więc już w ogóle mój stres sięgał ponad moją normę. A później ogłoszenie wyników. Zostałam 2 Wicemiss Polski 2006! Wielka radość, zdjęcia, gratulacje. 😉 Trzecie miejsce uważam za ogromny sukces, zwłaszcza wspominając tą ilość dziewczyn, które mijałam na każdym etapie, to naprawdę cieszę się, że tak daleko zaszłam.

Wygrała Aleksandra Ogłaza. Nie zauważyłam, żeby ona, czy którakolwiek z nas na zgrupowaniu była faworyzowana. Startowałyśmy z tego samego punktu na tych samych warunkach. Wydaje mi się, że to jak daleko zajdziemy, w dużej mierze zależy od nas samych. Od tego jak będzie wyglądał ten nasz bieg od samego startu do samej mety. Trzeba pamiętać, że tytuł Miss to nie tylko uroda, ale również umiejętność zachowania się w różnych sytuacjach, maniery, inteligencja, dlatego korona jak najbardziej trafiła w dobre ręce. Olę pamiętam jako bardzo uprzejmą, grzeczną i sympatyczną dziewczynę o ciepłym uśmiechu. Na pewno była osobą, która miała coś w sobie co przyciągało i ciekawiło ludzi przebywających w jej towarzystwie.

No właśnie. I teraz nastał dla Anny czas podjęcia ważnych decyzji. Tytuł 2 Wicemiss Polski wiązał się z pewnymi propozycjami i mógł zmienić jej życie. Gdyby tylko tego chciała.

Konkurs Miss Polski był dla mnie na pewno niezapomnianą przygodą. Dodał mi pewności siebie. Pozwolił poznać wiele osobowości, sprawdzić siebie w wielu nowych dotąd sytuacjach. Zawsze są jednak plusy i minusy bycia Miss. Udział w takich wyborach powoduje poddawanie się ciągłej publicznej ocenie, nie tylko przez pryzmat tego jak się wygląda, ale również tego, co się mówi. Nikt nie bierze pod uwagę, że częste wpadki są właśnie wynikiem naprawdę dużego stresu, bo przy tym najczęściej zadawane są pytania na sprawdzenie „bystrości” i „inteligencji” dziewczyny. Na początku panowania wychodzi to raz lepiej raz gorzej, ale z czasem Miss oswaja się z dziennikarzami, trudnymi pytaniami, kamerami. Mnie także na początku było trudno, kiedy podeszła do mnie Pani z mikrofonem i Pan z kamerą, Pani zadawała pytania, a Pan świecił po oczach… Z czasem jest coraz łatwiej 😉 Uważam, że aby lepiej radzić sobie w takich sytuacjach, pomocne byłoby wsparcie psychologiczne, choćby nawet byłych Miss. Rozmowy z osobami, które mają doświadczenie w publicznych występach, medialne obycie na pewno wpłynęłoby na korzyść dziewczyn, które nigdy nie miały z takimi sytuacjami nic wspólnego 😉

Inny minus bycia Miss? Obowiązki, które często wiążą się ze zmianą dotychczasowego życia. Bycie Miss wiąże się z trudnymi decyzjami. Trzeba mieć świadomość, jak bardzo tytuł może zmienić to właśnie dotychczasowe spokojne życie. Trzeba dokonać wyboru i ja takiego dokonałam. Miałam studia, niezaliczone egzaminy (po finale była sesja, a ja podchodziłam do egzaminów z miesięczną nieobecnością), a do tego pracę, którą lubiłam. Oczywiście Missland proponował mi udział w różnych eventach czy wyjazdach, ale musiałam dokonać wyboru. Dokonałam go i dlatego po wyborach Miss została mi jedynie szarfa, korona i wspomnienia. 😉

Dziś z tamtego okresu, sprzed 5 lat, pozostał mi dyplom, wspomnienia z czasów studenckich, zdjęcia z podróży. Grono przyjaciół za bardzo się nie zmieniło – prawdziwi zostali, Ci, którzy ich udawali, zniknęli. Firma, w której pracowałam, pozostawiła spore doświadczenie zawodowe w moim życiu. I oczywiście praca fotomodelki trwa do dnia dzisiejszego, chociaż z dnia na dzień śmieję się, że już najwyższy czas ustąpić miejsca młodszym dziewczynom. 😉 i może stanąć po drugiej stronie aparatu? Dziś nie tylko pozowanie jest moim hobby, ale również praca przy zdjęciach, organizacja, stylizacje. No i Australia i Nowy York też pozostały w strefie marzeń.

Mój dom mam w sercu. Tworzę go tam, gdzie jestem. Nie jestem osobą, która przywiązuje się do miejsc. Jak trzeba pakuję walizkę i wyjeżdżam. Chociaż może gdzieś kiedyś trzeba będzie zapuścić korzenie…. Wyborami Miss interesuję się do dzisiaj. Może nie w takim stopniu jak kiedyś, ale jak widzę młodszą koleżankę startującą w danym roku, z ciekawością oglądam tą imprezę w telewizji. Z roku na rok sama organizacja, promocja konkursu jest coraz lepsza. Dziś nie tylko telewizja pozwala nam śledzić losy kandydatek, ale także wielką potęgą stał się Internet. Swojej ulubionej Miss Polski nie mam. Każda dziewczyna ma w sobie coś, czego nie ma jej następczyni. Uroda jest pojęciem względnym, więc jest to tak naprawdę bardzo trudne zadanie wybrać osobę, która przypadnie do gustu wszystkim. Idealna Królowa Piękności na pewno powinna oczarowywać uśmiechem (!), mieć osobowość i umiejętność odnalezienia się w różnych sytuacjach.

Mimo, że sama tego nie wykorzystałam, uważam, że jak najbardziej warto jest brać udział w takim konkursie. Najlepszym tego przykładem są takie osoby jak Ewa Wachowicz, Aneta Kręglicka, czy Agnieszka Popielewicz. Wszystkie one zaczynały swoją karierę od udziału w wyborach Miss, a dziś pracują w mediach, wspomagają akcje charytatywne… Konkurs to także wspomnienia, których nie zapomni się do końca życia.

Anna podjęła takie, a nie inne decyzje. Nie zdyskontowała swojego tytułu. Czy słusznie? Po co wobec tego startowała, można by zapytać. Nie nam to oceniać. Każdy sam decyduje o tym, co jest dla niego najlepsze, a Anna Ścibiorek wydaje się niczego nie żałować.

Wywiad z L. Grabowską – Górecką

Swoją karierę zawodową rozpoczęła od pracy w szkole. Była nauczycielem nauczania początkowego (klasy 1-3), a później muzyki i plastyki. Od początku kreatywna i niesztampowa, prowadziła klasę artystyczno – teatralną. Jej podopieczni redagowali bajki, pisali i ilustrowali książki. Wierna dewizie J. J. Rousseau, że „nauczyciel powinien uczyć tylko przez 10 lat, bo potem nie ma już nic do przekazania”, dokładnie po 10 latach zrezygnowała z pracy w oświacie i poświęciła się pracy w kulturze. Przez ponad 20 lat była wicedyrektorem Bielskiego Centrum Kultury, zaś obecnie prowadzi działalność własnej agencji Grabowska Models. Od 25 lat zajmuje się organizowaniem konkursów piękności i pokazów mody. Optymistka, wulkan energii i gejzer pomysłów. W wolnych chwilach uwielbia chodzić do kina, słucha dobrej muzyki, gra w brydża.
Zapraszamy na rozmowę z LUCYNĄ GRABOWSKĄ-GÓRECKĄ, kobietą, która już zapisała się złotymi zgłoskami w historii konkursów piękności w Polsce, a wciąż jest ich częścią i wiele jeszcze przed nią.

Witamy serdecznie Pani Lucyno!

Jak i kiedy zrodził się pomysł na zorganizowanie wyborów Miss na Podbeskidziu? Jednym słowem skąd wzięła się Pani w Miss-biznesie? I jak wspomina Pani swoje pierwsze doświadczenia związane z tą imprezą?

To się stało wtedy, kiedy Miss Polonia została Renata Fatla, pochodząca z mojego rodzinnego miasta Bielska – Białej. Był 1986 rok. Młodsi Czytelnicy być może już o tym nie pamiętają, ale istniało wówczas w Polsce coś takiego, jak Międzynarodowy Klub Prasy i Książki „Ruch”. Przez ten klub były organizowane w jego poszczególnych oddziałach spotkania z ciekawymi ludźmi. Odbywały się one w wielu miejscowościach, nawet w malutkich miastach i wioskach, również na terenie Podbeskidzia. Na takie spotkania zapraszana była m. in. Miss Polonia. I ja z Renatą Fatlą na nie jeździłam. Przychodziło wiele młodych dziewcząt, które pytały, co trzeba zrobić, żeby wystartować w takim konkursie, gdzie się zgłosić, żeby zostać Miss. To był impuls, który spowodował, że postanowiłam im pomóc i zająć się organizacją tego typu imprezy na terenie mojego regionu.

Początki były oczywiście trudne. To były czasy ZSMP, zupełnie inne realia i zupełnie inne konkursy, niż obecnie. Pamiętam, że stroje kąpielowe podczas pierwszych edycji nie były bikini, tylko jednoczęściowe, a pierwsze nagrania z nich są jeszcze czarno – białe. Istniał wtedy, w latach 80, w Polsce tylko jeden konkurs piękności – Miss Polonia i cieszył się on niebywałym powodzeniem. Całe rodziny zasiadały przed telewizorami i oglądały finałową galę. Dla dziewczyn udział w nim to była wielka szansa. Rzeczywistość wokół nich była wtedy szara, a wybory Miss uchylały przed nimi drzwi do innego, bardziej kolorowego świata.

Nasz konkurs na początku nazywał się Miss Podbeskidzia, a potem chcieliśmy poszerzyć trochę jego terytorialny zasięg i zaczęliśmy organizować Miss Beskidów. Pamiętam, że pierwszą nagrodą w pierwszym konkursie Miss Podbeskidzia, w którym wygrała Ola Ciopińska, były 4 opony do malucha. No wtedy to była tak niezwykle cenna nagroda, że dziś to się nam w głowie nie mieści. Ola wtedy, ponieważ nie miała samochodu, sprzedała te opony i za pieniądze uzyskane z ich sprzedaży, kupiła sobie pralkę i lodówkę. Takie to były czasy.

Jak już wspomniałam wcześniej, na samym początku w Polsce istniał tylko jeden konkurs – Miss Polonia. Kiedy w Biurze Miss Polonia doszło do rozłamu i podziału, pozostaliśmy przy Miss Polski, ponieważ to jego laureatka reprezentowała wówczas Polskę na wyborach Miss Świata. Wszyscy w Bielskim Centrum Kultury, gdzie konkurs Miss Podbeskidzia jest od samego początku organizowany uważaliśmy, że Miss World to jest najbardziej prestiżowy konkurs międzynarodowy, więc to było naturalne, że wiązaliśmy się z tym polskim organizatorem, który delegował swoją laureatkę na tę imprezę.

Najsłynniejsze wykreowane przeze mnie piękności to: Miss Polski 1992 – Elżbieta Dziech, Miss Polonia 1994 – Jadwiga Flank, 1 Wicemiss Polonia’94 – Magdalena Pęcikiewicz oraz 2 Wicemiss Polski 2010 – Joanna Kusiak.

Organizacją regionalnego konkursu piękności zajmuje się Pani od prawie 25 lat i na ten temat wie Pani już wszystko. Firmowane przez Panią koncerty regionalne tradycyjnie zachowują bardzo wysoki poziom i cieszą się wielkim uznaniem. Kilkukrotnie organizowała Pani również ogólnopolskie półfinały. Na czym polega Pani praca? Kto najbardziej Pani w niej pomaga i wspiera?

Rzeczywiście, w latach 90, kiedy związana byłam z Biurem Miss Polonia, corocznie organizowano konkursy na najlepsze wybory Miss Regionu. Trzy lata pod rząd wygrywałam ten plebiscyt. Po pewnym czasie jego organizacji zaniechano.

Obecnie jestem organizatorką regionalnych eliminacji do konkursu Miss Polski – Miss Beskidów i Miss Beskidów Nastolatek, zdarza się, że przygotowuję także ogólnopolskie półfinały, a od kilku lat robię również wybory Mistera Beskidów i Mistera Polski. Podejmuję także wiele innych inicjatyw, m.in. organizuję pokazy mody. Jestem jedynie przeciwniczką dziecięcych konkursów piękności.

Sama oczywiście nie byłabym w stanie udźwignąć tak dużych imprez. Pomaga mi cały sztab ludzi. Różnie bywało przez tych kilkadziesiąt już lat, ale uważam, że dobrze trafiłam. W Bielsku–Białej i całym swoim regionie mam wielu sympatycznych przyjaciół zainteresowanych pomocą przy organizacji konkursu, sponsoringiem. Są ze mną od lat i zostali do dziś. To im – specjalistom w swoich dziedzinach, powierzam wszystkie sprawy techniczne, biurowe, finansowe, księgowe i wiele innych. Są osoby odpowiedzialne za tak ważne kwestie, jak przygotowanie strojów dla finalistek, czy choreografii.

Ja całość koordynuję, a poza tym wszystkie konkursy piękności, które organizowałam, odbywają się wg mojego pomysłu, scenariusza i reżyserii. Moim zamysłem jest, żeby co roku każdy koncert finałowy odbywał się w innej konwencji, wpasowany w dany temat, opowiadał inną historię, stanowił zamkniętą całość spiętą jak gdyby jedną klamrą. I tak mieliśmy już wybory kosmiczne, kabaretowe, w stylu country, odbyliśmy podróż w 80 minut dookoła świata, itd., itp.

Nigdy nie miałam problemów ze zgraniem wszystkich osób pracujących przy takiej imprezie. Robię to już tak długo i ludzie wiedzą, że jestem w tym kompetentna i że się na tym znam. Ufają mi, zawsze mogę na nich liczyć. Najlepszy przykład? Zdarza się, że muszę coś zrobić „na szybko”, w ostatniej chwili. Normalnie jedną galę konkursową przygotowuję 2, 3, 4 miesiące. Na zorganizowanie półfinału Miss Polski Nastolatek 2011 miałam 12 dni. Wystarczyło kilka telefonów: „Słuchajcie, pokażmy, że my Górale damy radę, że potrafimy”. Wszyscy się włączyli w przygotowania, udało się zrobić imprezę w tak krótkim czasie.

I właśnie z tych powodów, o których wspomniałam, warto organizować konkursy piękności. Mamy w Polsce tak wielu młodych, inteligentnych, wrażliwych i utalentowanych ludzi. Ja chcę ich pokazać światu i stworzyć im nowe szanse i możliwości.

Jest Pani jedną z nielicznych w Polsce osób, która związana jest z Miss-biznesem niemal od początku jego istnienia w naszym kraju (czyli od lat 80) aż do chwili obecnej. Poświęciła mu Pani większość swojego życia. Po co Pani to robi? Co takiego jest w konkursach piękności, że wciągnęły Panią jak narkotyk?

Nie mogę powiedzieć, że nigdy nie mam dość swojej pracy. Czasami mam takie momenty, że myślę sobie: „Boże, po co ja to robię? Może już wystarczy?”. Zwłaszcza po zakończeniu kolejnej finałowej gali. To jest naprawdę ciężka praca, wielki wysiłek, a finalistki? Mają różne temperamenty i charaktery, a taki konkurs ma to do siebie, że na ogół po jego rozstrzygnięciu jest jedna osoba zadowolona i co najmniej kilka zawiedzionych czy rozczarowanych. W takich sytuacjach różnie ludzie okazują swoje emocje, niekiedy nie potrafią nad nimi zapanować i nie zawsze bywa przyjemnie. Ale zmęczenie mija, te miłe momenty, ta radość związana z organizacją kolejnych imprez wynagradza mi wszystko.

Poza tym wybory Miss w moim regionie, które organizuję, dają wymierne korzyści młodym ludziom – ich uczestnikom. Nie chodzi mi o to, by laureatka dostała paczkę kosmetyków, czy telewizor, tylko żeby jej udział w tej zabawie procentował przez całe życie, żeby coś z niego wynikało. Pragnę również pokazać, że wbrew pokutującym wciąż stereotypom, Miss to nie jest ładna, ale głupia lala. Chcę, żeby ludzie przekonali się, że w konkursie startują naprawdę fajne, wybrane, wyselekcjonowane dziewczyny, mądre, inteligentne. Dlatego główną nagrodą od wielu, wielu lat są studia w Wyższej Szkole Informatyki i Zarządzania dla zwycięzców konkursu na Miss i na Mistera Beskidów, a cała pierwsza trójka zarówno w konkursie dla pań, jak i dla panów otrzymuje nagrody edukacyjne. No to proszę sobie wyobrazić, ilu młodym ludziom przez tyle lat wytyczyliśmy fajną drogę. I rzeczywiście wszystkie Miss pokończyły studia na tej uczelni, potem zrobiły studia magisterskie. Z panami bywało różnie, bo na ogół wyjeżdżali za granicę, ale jednak są też i takie przypadki, wielu ich jest, którzy również te studia pokończyli.

W konkursie Miss Beskidów Nastolatek mogą brać udział dziewczyny, które ukończyły 14 lat. To są osoby niezwykle młode, więc nie chcę, żeby się im szybko, niemal od dziecka, poprzewracało w głowach. I mam na to sposób. Organizujemy w trakcie finałowej gali konkurs talentów. Każda nastolatka musi przygotować pokaz swoich umiejętności, zachwycić uzdolnieniami. Mają na to 3 – 4 miesiące czasu. W efekcie niektóre grają na różnych instrumentach muzycznych, inne śpiewają, żonglują, szyją itd., itp. Na przykład w tym roku w kategorii nastolatek wygrała Klaudia Nikiel, która przygotowała dla wszystkich pozostałych startujących w tym konkursie własną kolekcję ubrań, pokaz mody jej autorstwa. Ona zaprojektowała i uszyła wszystkie stroje, a w charakterze modelek wystąpiły jej konkurentki. Jestem pewna, że ta dziewczyna zwiąże się w przyszłości ze światem mody. Autorska kolekcja zaprezentowana podczas finału Miss Beskidów Nastolatek jeszcze dodała jej pewności siebie. Chodzi teraz do szkoły projektowania odzieży. Już wygrała konkurs zorganizowany przez pałac w Wilanowie na strój Rokoko, inny jej strój „poszedł” na konkurs do Norwegii. Myślę, że jest to dobry przykład na to, że pomagam tym młodziutkim dziewczynom rozwijać swoje talenty, a niekiedy dopiero je odkryć. Mogą pokazać, że oprócz tego, że są ładne, to coś również potrafią. Może to jest akurat ten moment. Dziewczyna sama w sobie odnajdzie jakąś tam pasję. Jeśli dzięki mnie czymś się zainteresuje i będzie coś robić w tym kierunku, to znaczy, że osiągnęłam swój cel.

Oprócz tego ja te wybory robię również po to, żeby pokazać młodym ludziom, że warto i trzeba nie tylko brać, ale też dawać coś od siebie. W naszym regionie idea „Piękno w szczytnym celu” naprawdę jest realizowana! I to się udaje! Moje dziewczyny i chłopcy – piękne finalistki i finaliści każdej kolejnej edycji Miss i Mistera Beskidów, czy Mistera Polski, przygotowują jakieś prezenty, upominki dla wychowanków domu dziecka, których następnie odwiedzamy, bawimy się z nimi. Dzięki temu moi protegowani widzą i doceniają, że uroda, którą dostali od losu to wielki dar, który stworzył im szanse, jakich większość podopiecznych domu dziecka nigdy nie będzie miało. Uczę ich w ten sposób, żeby potrafili i chcieli się dzielić z tymi, którzy nie mieli w życiu tak wiele szczęścia, jak oni. I żeby umieli czerpać z tego radość.

W tym roku, jak już wspominałam, organizowałam półfinał konkursu Miss Polki Nastolatek. Do Szczyrku przyjechały młodziutkie dziewczyny z całego kraju. Poprosiłam je, aby każda z nich przywiozła ze sobą prezent, jakiś drobiazg – kredki, plastelinę, bajki, zabawki, lalki, maskotki, cokolwiek… One to przywiozły, zaprzyjaźniona ze mną florystka pięknie to opakowała, zaprosiliśmy dzieci z domów dziecka na półfinałowy koncert w Hotelu Orle Gniazdo. I kiedy bohaterki wieczoru wręczały adresatom te prezenty i widziały radość tych dzieci, same zrozumiały, jak to fajnie jest też coś dać od siebie, zrobić coś dla innych. I taki jest mój cel i prawdziwy sens imprez, które organizuję.

Dla moich podopiecznych jestem jak „ZASTĘPCZA MAMA”. Niezwykle wzruszający był moment, kiedy podczas ostatniego finału Miss Beskidów i Mister Polski dostałam od uczestników medal „DLA NAJLEPSZEJ MAMY NA ŚWIECIE”. Autentycznie się rozpłakałam- dlatego warto robić te konkursy – dla tych wzruszeń i niezapomnianych momentów !!!

A teraz poprosimy o trochę anegdotek – pamięta Pani może jakieś wyjątkowe sytuacje z konkursu? Którą edycję szczególnie Pani zapamiętała i dlaczego ?

Nie jestem przesądna, ale myślę, że 13 edycję wyborów Miss Podbeskidzia będę długo pamiętała. Właściwie wcześniej, przez kilkanaście lat, nigdy nie wydarzyło się nic szczególnego, żadna wpadka, która byłaby na długo zapamiętana, a wtedy ten konkurs w 2001 r. był naprawdę pechowy. Koncert finałowy odbył się w konwencji: „W 80 minut dookoła świata”. Impreza prowadzona była przez „stewardesę” i „stewarda” w mundurach lotniczych, dziewczyny podróżowały samolotem po świecie i jedno wyjście zostało zaplanowane jako próba dostania się do haremu w którymś z krajów arabskich. Niestety, finalistki miały na tą okazję przygotowane dość skomplikowane stroje i okazało się, że nie zdążyły na czas poprzypinać tych wszystkich ozdób i świecidełek. Tymczasem gala trwa, muzyka do układu już poszła, dwóch eunuchów, którzy pilnowali „wejścia do haremu” już stało … no i nic – dziewczyn nie ma, a ja wiedziałam, że jak się spóźnią, to już nie zatańczą w ogóle, bo się nie zgrają z muzyką. Czułam strużki potu spływające mi po plecach. Wyszłam na scenę i powiedziałam, że „nie jest tak łatwo dostać się do haremu”. Uratowałam sytuację, na szczęście od lat pracujący ze mną akustyk zorientował się, że trzeba puścić muzykę jeszcze raz od początku i wtedy się już wszystko udało – wszystkie prezentacje konkursowe się odbyły, Miss została Ela Gigoń 🙂

Jeśli chodzi o imprezy ogólnopolskie, to bardzo miło wspominam zorganizowany u nas w Bielsku–Białej półfinał Miss Polonia’97. Bardzo udana impreza, z pięknymi uczestniczkami, m. in. silną „frakcją” ślicznych blondynek.

Jakie było najśmieszniejsze zdarzenie podczas tych kilkudziesięciu już lat? Największa „wpadka”? Czy jest może coś, czego Pani żałuje, albo co Panią zaskoczyło? Jakby Pani podsumowała ten okres – co uważa Pani za swój największy sukces, a co za największą porażkę?

Większych wpadek i porażek nie było. Żałuję tylko jednego, że czas tak strasznie szybko leci. Zabawnych historii za to było wiele. Myślę, że mogłabym już napisać ciekawą książkę na temat tego, co przeżyłam. Może kiedyś się skuszę.

Jeśli miałabym wybrać tylko jedną ciekawą historię… W 1994 roku zgłosiła się do wyborów Miss Podbeskidzia Jadzia Flank. Piękna dziewczyna o wielkiej kulturze. Przeszła przez eliminacje, zakwalifikowała się do finału, trwały już próby, po czym ona przychodzi i mówi, że rezygnuje z dalszego udziału w konkursie, bo jej narzeczony jest przeciwny. Planują Ślub, on nie chce czekać. Ja jej wtedy wytłumaczyłam, że jak kocha, to poczeka i że nie powinna rezygnować ze swoich marzeń, a poza tym, że ja się po prostu nie zgadzam, już jesteśmy w trakcie prób, układy choreograficzne są opracowane, jej rezygnacja pociągnęłaby za sobą konieczność zmian, na które nie ma już czasu. Dała się przekonać, została, ciąg dalszy tej historii znamy. Jadwiga wygrała najpierw regionalny konkurs Miss Podbeskidzia, potem finał Miss Polonia ’94, pojechała do RPA na wybory Miss World, a później… wyszła za mąż za tegoż samego Wojtka, który był przeciwny jej udziałowi w konkursie, mają uroczego syna i wszystko się potoczyło jak w bajce, wszystko dało się pogodzić. Ile ciekawych, fajnych rzeczy by ją ominęło, gdyby zrezygnowała. Tak więc ja zawsze mówię dziewczynom: „Nie rezygnujcie ze swoich marzeń, ze swoich planów. Uroda to jest taki dar od losu. Jeżeli masz szansę, to spróbuj, wykorzystaj ją”.

A co uważam za swój największy sukces? To, że pracuję z młodzieżą, dodaje mi siły, energii i chęci do pracy i rozwoju. Jestem na bieżąco z internetem, z komputerem, z trendami, słucham tego, czego słucha młodzież. Moim największym sukcesem jest to, że nie dość, że robię to, co kocham, to jeszcze dzięki mojej pracy pozostaję młoda duchem. I dlatego, choć na plecach czuje się już oddech konkurencji, „młode wilczki atakują”, ale nie poddaję się i robię swoje. Już w październiku odbyły się pierwsze castingi do konkursu Miss Beskidów 2012, zaczynamy przygotowania i na wiosnę planujemy wielki finał 🙂

Przejdźmy teraz do głównych bohaterek, Pani podopiecznych, kandydatek do korony i tytułu Miss. Te najbardziej znane i utytułowane już Pani wymieniła wcześniej. Ale osobiście, którą z laureatek lub kandydatek szczególnie Pani zapamiętała i dlaczego? Z którą spośród wykreowanych przez Panią Miss najlepiej się współpracowało, którą najbardziej Pani polubiła? Czy po przekazaniu przez nie korony nadal utrzymuje Pani kontakt z byłymi Miss ? A może zdradzi nam Pani, jaka jest Pani anty-miss? Czy któraś z Miss zawiodła?

Nie mam anty-miss. Ja je wszystkie serdecznie i miło wspominam, dbam o nie, utrzymuję z nimi kontakty także po wyborach, kiedy przestają pełnić obowiązki Miss i wracają do zwykłego życia. One to doceniają. Jak w 2008 roku zrobiłam imprezę z okazji 20-lecia konkursu Miss Podbeskidzia (obecnie Beskidów), to przyjechały wszystkie laureatki tego tytułu, za wyjątkiem jednej, która nie była obecna na tej jubileuszowej gali finałowej, ponieważ była w tym czasie w szpitalu i rodziła syna Maksa – on na pewno będzie Misterem jak dorośnie 🙂 Poza nią były wszystkie, z dziećmi, niektóre z dwójką, trójką dzieci, inne z niemowlętami na rękach. To było niezwykle cenne, że tak miło ten konkursowy epizod wspominają, a dla mnie kolejny dowód na to, że warto to robić. Na marginesie powiem, że „wychowuję” już drugie pokolenie „missek”. Córka i syn Eli Dziech są już u mnie w agencji, mają teraz po 16, 17 lat. 🙂

Ale, ale… mam nie tylko utytułowane Miss. Z mojego regionu jest wielu równie utytułowanych facetów. Z Beskidów pochodzą Mister Poland 2000 Andrzej Bizoń oraz Mister Polski 2006 Daniel Madej, który później reprezentował Polskę na konkursie Mister Świata w Chinach. Obecnie Daniel mieszka i pracuje w Nowym Jorku. Pojawił się na wybiegu m. in. podczas ostatniego Fashion Week. Aktualnie mamy takiego fajnego Mistera Polski. Jest nim Krystian Kurowski. Wciąż czekamy na decyzję Misslandu, na który konkurs międzynarodowy zostanie oddelegowany. Myślę jednak, że gdziekolwiek by nie pojechał, naprawdę powalczy. Tak więc sądzę, że ja rzeczywiście mam „dobre oko”. 🙂

Co się dzieje z Miss Regionu, która nie odniesie sukcesu na szczeblu ogólnopolskim? Czy znika ona zupełnie ze świata mediów i show-biznesu?

Do tej pory jakoś się to nie zdarzyło. Co roku jeśli nawet nie Miss, to któraś spośród wicemiss jest w ogólnopolskim finale.

A teraz skupmy się na tych, które jednak pokonują kolejne szczeble na konkursowej drabinie. Jaka jest Pani rola, jako organizatora regionalnego, w przygotowaniach dziewczyn do kolejnych etapów konkursu zarówno w Polsce, jak i na międzynarodowej arenie?

Oczywiście dbam o to, żeby dziewczyny wyjechały odpowiednio przygotowane czy to na konkurs ogólnopolski, czy za granicę i dobrze się tam zaprezentowały. Pomagam im skompletować piękną garderobę, zapewniam opiekę fryzjersko–kosmetyczną, relaks w SPA. Ale nie tylko. Jak to powiedział nieżyjący już prezes Biura Miss Polonia Piotr Stawicki, moje podopieczne są wspaniale przygotowane do występu nie tylko na scenie, ale i poza nią, czyli są kulturalne, dobrze wychowane, wiedzą, jak się zachować. Ja i o tym pamiętam i dbam o to. Jestem naprawdę dumna z moich dziewczyn.

Nie towarzyszę im osobiście podczas zgrupowań. Ale dla każdej mojej podopiecznej przed wyjazdem na finał ogólnopolski przygotowuję list z dobrymi radami na każdy dzień. One mogą go otworzyć dopiero podczas zgrupowania i codziennie korzystają z moich wskazówek. Taki list otrzymała i Jadwiga Flank, i Elżbieta Dziech. Kiedy ta ostatnia wyjeżdżała do Gdyni, ja to czułam, wiedziałam, że tylko ona może zostać Miss Polski’92. Była świetną dziewczyną, doskonale ją przygotowaliśmy do finałowej rywalizacji. I ostatnią część mojego listu miała sobie przeczytać dopiero, jak będzie wracała po gali do hotelu. Było tam tylko jedno zdanie: „A nie mówiłam?” 🙂

Jeśli chodzi o międzynarodowe konkursy piękności, to moje protegowane brały udział praktycznie we wszystkich tych najważniejszych – Miss World, Miss Universe, Miss International, Miss Europe, Miss Globe. Ale bez względu na to, jak duża i jak bardzo prestiżowa jest impreza, przygotowujemy naszą delegatkę zawsze równie starannie i kompletnie. Dla przykładu – w 1999 roku nasza podopieczna – Mirka Strojny, reprezentowała Polskę na konkursie Miss Baltic Sea. Malutkie, wręcz lokalne wybory. A mimo to wyposażona była doskonale, niczego jej nie brakowało, załatwiłam, że uszyto jej tutaj piękny, szlachecki strój narodowy. Była przygotowana na tyle znakomicie, że wygrała i zdobyła koronę Miss Baltic Sea.

A czy ma Pani swój ulubiony, międzynarodowy konkurs piękności ?

Szczególnie, to się zawsze lubi te konkursy, na których dziewczyny odnoszą największe sukcesy. 🙂

Wszystko, co dobre, kiedyś się kończy, więc i my zmierzamy do końca naszej rozmowy. Może jeszcze jedno pytanie. Jest Pani związana z konkursami piękności w Polsce od kilkudziesięciu lat. W tym czasie zaszły w ich organizacji oczywiście olbrzymie zmiany. Czy Pani zdaniem te zmiany podążają w dobrym, czy w złym kierunku?

Wydaje mi się, że dziewczynom powinno się po zakończeniu wyborów, kiedy już zgasną światła na scenie, a publiczność rozejdzie się do domów, coś jeszcze proponować, jakoś starać się je wykorzystać, w pracy w modelingu, w reklamie. Trochę tego jest za mało, takie odnoszę wrażenie. Ja przynajmniej tu w Bielsku – Białej się staram, żeby to nie było tak, że tylko pierwsza trójka się cieszy, a o reszcie nikt nie pamięta. Zawsze mam jakieś propozycje także dla pozostałych kandydatek, żeby nie zapomniały o konkursie i żeby ich czas również trwał trochę dłużej, niż to przysłowiowe 5 minut.

Druga sprawa. Myślę, że może trochę niepotrzebnie zmierza się w tym kierunku, żeby Miss były coraz wyższe. Minimum te 175 – 180 cm. A przecież niekoniecznie najwyższa oznacza najpiękniejsza. Czasem naprawdę te niższe dziewczyny są tak piękne, tak proporcjonalne, że dlaczego je „karać” od razu na starcie. Przypomnijmy sobie choćby Miss Polonia’88 Joasię Gapińską. Nie miała nawet 170 cm wzrostu, a była pięknie, proporcjonalnie zbudowana. Do dziś przez wiele osób uważana jest za ideał. U mnie w finale Miss Beskidów wystąpiła kiedyś taka dziewczyna, która miała zaledwie 158 cm wzrostu, ale była śliczna i dostała szarfę „Najmniejsza Miss”. Fajny pomysł, bardzo się ucieszyła. 🙂

Pani Lucyno, było nam bardzo miło Panią poznać. Czy na koniec naszej rozmowy chciałaby Pani coś jeszcze dodać?

Tak, chciałabym zaapelować do dziewczyn, żeby się nie bały, żeby próbowały swoich sił. Życzę Wam więcej odwagi. Naprawdę, jest tyle pięknych, młodych kobiet, które się nie zgłaszają do konkursów piękności. Ja je nawet rozumiem czasami, wiem, że o takich imprezach różne krążą opinie, ale naprawdę, uwierzcie, że jest to fajna przygoda i przede wszystkim jakaś szansa. Powinnyście spróbować, ale też nie możecie zapominać o rzeczach najważniejszych. Ze względu na Waszą przyszłość, na pierwszym miejscu powinna być nauka, w tym również języków obcych. W to trzeba zainwestować. Ale warto przeżyć również fajną zabawę, mieć miłe wspomnienia. I dlatego warto wystartować w wyborach Miss, cieszyć się chwilą, nie zapominając jednak, że jest to jedynie przygoda na parę miesięcy, może na parę lat. Myślę, że tak właśnie należy do tego podchodzić.

Bardzo serdecznie dziękujemy za rozmowę.

Ja również dziękuję i pozdrawiam wszystkich czytelników Globmiss.

Wywiad przeprowadzony przeze mnie dla Globmiss w grudniu 2011 r.