Wywiad z J. Michalską – cz. II

Joanna Michalska – Miss Polonia 1990; reprezentowała Polskę na konkursie Miss Universe 1991.

Wywiad przeprowadzony przeze mnie dla oficjalnej strony konkursu Miss Polonia w październiku 2009 r.

Miss Universe, czyli idylla w Las Vegas

Kolejnym obfitującym w bogactwo wrażeń wyjazdem był konkurs Miss Universe w Las Vegas. Zakwaterowano mnie wraz z Miss Czechosłowacji, z którą miałam okazję wcześniej poznać się i zaprzyjaźnić, kiedy była ona u nas w Polsce. W czasie całego zgrupowania byłyśmy nierozłączne, ponieważ byłam równocześnie jej tłumaczką – ona znała polski, ale nie znała angielskiego. Cóż, zgrupowanie było moim zdaniem szczytem profesjonalizmu. Systematyczne ćwiczenia, praca nad układami choreograficznymi w określonych godzinach – organizatorzy są szalenie punktualni, precyzyjni, należą się im za to pokłony. Mogą stanowić przykład w tym względzie. Jedzenie…ach, te stoły zastawione tym, czego dusza mogła zapragnąć, naprawdę tam było wszystko, poczynając od sałatek, dań dietetycznych, po naprawdę super tuczące desery i to codziennie. Stało się to później zgubne dla wielu kandydatek, proszę mi wierzyć, że parę przytyło i to sporo. Przysmaki były tak kuszące najwyraźniej, że nie mogły się powstrzymać. Tym bardziej, że jedzenie było non stop dostępne, a potrawy były bardzo wymyślne, więc nawet chcąc tylko spróbować wszystkiego po trochu – można było już przytyc. A nie o to przecież chodziło w tym konkursie.

A wieczorem – jak to w Las Vegas, rozrywka na najwyższym poziomie. Co wieczór w innym hotelu inne show, bywały turnieje rycerskie, sporty wyczynowe, efekty specjalne i oczywiście bankiety po tych pokazach. Organizatorzy zadbali o komplet różnych strojów, butów i innych gażdzetów dla wszystkich uczestniczek konkursu.

Po wyborach otrzymałam propozycję pozostania w USA i współpracy z firmą „Remington”, której dyrektora poznałam znacznie wcześniej w Polsce, ponieważ podejmował on współpracę z Biurem Miss Polonia. Ale niestety mimo usilnych starań, nie pozwolono mi na pozostanie, pomimo że pozostał mi jedynie miesiąc panowania. Biuro tłumaczyło się przewidzianymi dla mnie po powrocie licznymi obowiązkami. W rzeczywistości okazało się zupełnie inaczej. Miałam mieć jedno spotkanie w jakiejś „mieścince”, nawet nie wiem w jakiej, które ostatecznie podobno odwołano. I tak sobie pomyślałam, że to była niczym nie uzasadniona zawiść ludzka, bo szef Remingtona był dobrze znany organizatorom konkursu i nie mieli podstaw ku temu, aby na naszą współpracę nie wyrazić zgody, zwłaszcza, że ja byłam na tyle odpowiedzialna, że nawet gdybym musiała przyjechać specjalnie na przekazanie korony, to bym to zrobiła. Ale stało się, jak się stało…

Wciąż występuję na scenie

Rok mojego królowania obfitował w ciekawe podróże, które zaowocowały przyjaźniami trwającymi do dziś. Tym szczególnym miejscem, do którego często wracam, jest oczywiście Nigeria, tam mam przyjaciół ze Szkocji, Libanu, Gracji i Stanów Zjednoczonych. Również  wciąż przyjaźnię się z Robertem Mossem, wspomnianym szefem Remingtona i jego żoną. Odwiedzałam ich w Kalifornii już prywatnie wielokrotnie, to dzięki nim zwiedziłam dokładnie ten cały cudowny stan USA. Również nadal trwają przyjaźnie, które zrodziły się w tamtym czasie w Polsce,  z doktorem Markiem Kulejem i posłem Grzegorzem Tuderkiem, z którym też współpracowałam na płaszczyźnie politycznej.

Jednak tytuł Miss Polonia nie przestawił mnie z wcześniej wytyczonego toru, którym była muzyka i malarstwo. Do dnia dzisiejszego pielęgnuję moje obydwie pasje.

Od kilkunastu lat moim głównym zajęciem jest śpiew. Wystepuję  na scenie Teatru Wielkiego w Warszawie i mam przyjemność dzięki tej pracy występować w wielu ciekawych krajach, jak  Chiny, Japonia, Cypr  i niemal w całej Europie Zachodniej, jak również w Operze Moskiewskiej. Miewam również swoje solowe koncerty. Uprawiałam też lżejszą muzę. Przez wiele lat współpracowałam z Andrzejem Rosiewiczem, z którym też zwiedziłam kawał świata, oczywiście systematycznie miewaliśmy koncerty w Stanach Zjednoczonych.

Nadal maluję obrazy i dzięki tytułowi Miss Polonia prezentowałam je na wystawach w kraju oraz za granicą. Niektóre z nich zdobią ściany domów, np. w Niemczech, Stanach Zjednoczonych, Nigerii, bądź Hiszpanii.

W wolnym czasie uwielbiam poznawać świat. Fascynuje mnie poznawanie ludzi, kultur i obcowanie z przyrodą. Rzeczywiście pasjonuję się wyjazdami i to jest dla mnie takie wzbogacające i nieocenione. Dlatego dużo również podróżuję prywatnie. Nie byłam jeszcze tylko w Ameryce Południowej, ale to przede mną i moim synkiem Sebastianem, który jest obecnie największym skarbem mojego życia i jego treścią.  To na nim skupiam teraz najwięcej uwagi.

Niczego w życiu nie żałuję, przyjmuję je takim, jakie jest, staram się postępować uczciwie, wedle zasad, a z popełnianych błędów wyciągam wnioski i unikam ich ponownego popełniania. Nie wiem czy jestem osobą spełnioną, bo nie wiem, co mi jeszcze przyniesie przyszłość, ale na pewno jestem osobą szczęśliwą.

Moja więź z konkursem Miss Polonia

Wyborami Miss Polonia interesowałam się „od zawsze”. Kiedyś zbierałam wycinki z gazet związane z tym tematem.

Z konkursem i organizatorami przez wiele lat byłam blisko związana. Dosyć żywo obserowałam wybory i przyznam, że przez całą dekadę po moim sukcesie, za wyjątkiem jednego konkursu, kiedy to wygrała Ewa Wachowicz, bywałam na wszystkich finałach i na wszystkich balach koronacyjnych. Jedna z prezentacji moich prac malarskich miała miejsce w Warszawie w Hotelu Sobieski z okazji wyborów Miss Polonia. Tak, tylko i wyłącznie z tego powodu, więc to było sympatyczne. Na jednym z finałów wystąpiłam także jako gwiazda śpiewająca. Poznałam wszystkie te dziewczęta, które brały udział w finale, również te, które wygrały wybory. Ostatnio, po zmianie kierownictwa, moje więzi z Biurem Miss Polonia nieco osłabły, ale powoli nawiązujemy kontakt, także wszystko jest jeszcze przed nami.

Niestety, lata świetności wyborów mamy już za sobą. Pamiętam, jak wszyscy kiedyś czekali na finał Miss Polonia, w czasie retransmisji telewizyjnej zamierał ruch na ulicach. Ponadto kiedyś konkurs był organizowany ze znacznie większym rozmachem i nakładem finansowym, zazwyczaj finał odbywał się w Sali Kongresowej PKiN w Warszawie, a nie w mniejszych salach teatralnych, które mieszczą również mniejszą publiczność. Transmisja odbywała się w godzinach największej oglądalności na Pierwszym Programie TVP, nie w „dwójce”. Nie było programów konkurencyjnych, bo to były raptem trzy programy telewizyjne i koniec! Nawet jak ktoś bardzo nie chciał oglądać finałów Miss Polonia, to i tak oglądał, bo nie było nic ciekawszego. Choć myślę, że rzeczywiście ludzie interesowali się konkursem i śledzili te wybory. Ale to były dawne czasy. Teraz nastała era nowożytnej telewizji, gdzie jest mnóstwo mniej lub bardziej atrakcyjnych programów każdego dnia.

Wiele złego dla popularności i prestiżu konkursu uczynił również rozłam – podział na dwa konkursy, Miss Polonia i Miss Polski. Zupełnie niepotrzebnie na arenie międzynarodowej zrobił się zamęt, chociażby przykładem jest tutaj „mój” konkurs Miss Intercontinental z Nigerii, gdzie głównym jurorem i arbitrem musiał być sam Ambasador …

Jestem z konkursem Miss Polonia związana bardzo emocjonalnie i z całego serca życzę mu z okazji jego 80-tych Urodzin, aby miał coraz więcej widzów i większe zainteresowanie w mediach. O kandydatki organizatorzy nie muszą się martwić, bo Polki są naprawdę piękne i inteligentne. Proszę mi wierzyć, ja widziałam wiele wiele reprezentantek innych krajów i uważam, że Polki są naprawdę piękne…

Wywiad z J. Michalską – cz. I

Joanna Michalska – Miss Polonia 1990; reprezentowała Polskę na konkursie Miss Universe 1991.

Wywiad przeprowadzony przeze mnie dla oficjalnej strony konkursu Miss Polonia w październiku 2009 r.

Zanim zostałam Miss Polonia

Do udziału w wyborach Miss Polonia skłoniły mnie namowy znajomych oraz moja własna ciekawość poznawcza. Ponieważ droga do finału była usiana licznymi eliminacjami regionalnymi, polegającymi na prezentowaniu się na scenie, postanowiłam więc wykorzystać to w celu polepszenia umiejętności nawiązywania kontaktu z publicznością i okiełznania tremy, która zawsze towarzyszy artyście, ale nie musi być destrukcyjna, tylko konstruktywna, czyli mobilizująca. Te cele zaczęłam osiągać, co sprawiało mi najwięcej satysfakcji. Bo przecież w przyszłości miałam występować na scenie, co i obecnie czynię.

W 1990 roku bowiem, jak i wcześniej, realizowałam i rozwijałam swoje dwie pasje: muzykę i plastykę. Po ukończeniu nauki w klasie fortepianu, kształciłam się na Wydziale Wokalnym Akademii Muzycznej i jednocześnie nauczałam gry na fortepianie w szkole muzycznej, a w wolnych chwilach malowałam obrazy olejne.

Dodatkowym plusem podjęcia decyzji o udziale w konkursie było dla mnie pokonywanie jego kolejnych etapów. Nigdy nie zakładałam, że moim głównym celem będzie zdobycie korony Miss Polonia.

Pamiętam taką sytuację: po półfinale w Jeleniej Górze niejaki „znawca konkursu”, stały obserwator wyborów stwierdził, że to właśnie ja zostanę Miss Polonia, bo on zawsze trafnie typował i jeszcze ani razu nie omylił się. Bardzo mnie to ubawiło, bo przecież nie zdobycie korony w tym konkursie było moim priorytetem, tylko tak zwany „szlif sceniczny” i kontakt z publicznością, bo jak każdy artysta wiedziałam, że dla niej, a nie dla siebie pracujemy. Pomyślałam wtedy: „No to chyba tym razem Pan się pomylił.”

Nadszedł czas zgrupowania przed finałem. Na całe szczęście nie kolidował z moimi zajęciami, bo wtedy miałam już za sobą egzaminy na uczelni, a ponieważ właśnie rozpoczynały się wakacje, nie ucierpiała także moja praca pedagoga.

Spokojna, że wszystko już pozytywnie zrealizowałam, wyjechałam na dwutygodniowe zgrupowanie do Jadwisina nad Zalewem Zegrzyńskim. Tam poznałam swojego wielkiego przyjaciela, doktora pułkownika Marka Kuleja. To jest rzeczywiście do dziś mój serdeczny przyjaciel, nawet czasami żartobliwie mówię, że to jest mój starszy brat, chociaż nie mam takowego. W dodatku od razu czułam się dosyć komfortowo, ponieważ mieszkałam w pokoju z jedną z dziewcząt, którą poznałam już wcześniej na jakichś eliminacjach do wyborów i bardzo się polubiłyśmy, z Agnieszką Jankowską. Atmosfera była bardzo „zdrowa”. Nie było złośliwości, zawiści, o których tak wiele mówiło się przy poprzednich konkursach. Myślę, że to głównie zasługa wysokiego poziomu dziewcząt, które brały udział w finale, a również organizatorów i w ogromnym stopniu choreografa – Zosi Rudnickiej, którą mam nadal przyjemność spotykać i współpracować z nią na gruncie zawodowym. Np. ona też realizowała „Wesołą wdówkę” w Teatrze Wielkim. To jest szalenie życzliwa i profesjonalna osoba. I to ona, pełna kobiecości, zarażała nas wielką serdecznością. Pracowała z nami godzinami, układając różne układy choreograficzne, przekazując nam zasady obowiązujące na scenie, o których oczywiście większość z nas nie miała pojęcia. Czas zgrupowania był dla mnie nieoceniony. Wydawało się, że nie może być lepiej, aż nadszedł czas finału…

Poczwórna Miss

Nigdy nie zastanawiałam się nad swoimi szansami w konkursie. Odbyte rozmowy z jurorami przebiegały bardzo sympatycznie i miały dla mnie bardziej posmak towarzyski, niż weryfikacyjny. To wówczas poznałam osoby, z którymi zaprzyjaźniłam się – Magdę Jaworską i Grzegorza Tuderka – ówczesnego dyrektora Budimexu, a późniejszego posła kilku kadencji.

W czasie finału czułam się bardzo swobodnie, a publiczność w Sali Kongresowej reagowała na mnie bardzo żywiołowo. To była dla mnie największa satysfakcja. Wiedziałam wówczas, że osiągnęłam to, nad czym ciężko pracowałam przez cały czas trwania eliminacji, czyli przez niemal pół roku.

Finał finału był dla mnie całkowitym zaskoczeniem, ponieważ otrzymałam łącznie aż cztery tytuły – Miss Elegancji, Miss Gracji, Miss Publiczności i Miss Polonia 1990. Również organizatorzy przypuszczam nie przewidzieli tego, że jednej osobie przyznane zostaną wszystkie te wyróżnienia, czego wyrazem były nagrody. Otrzymałam bowiem 3 identyczne zestawy anten satelitarnych (po jednym za każdy z tytułów komplementarnych), co bardzo ubawiło wówczas publiczność na widowni. Zdecydowałam, że jeden z zestawów podaruję domowi dziecka, aby móc podzielić się z kimś moją wygraną i sensownie ją wykorzystać.

Ja grałam bardzo fair, nie miałam żadnych układów kompletnie, dla nikogo nie byłam bardzo „sympatyczna” i może dzięki temu, udało mi się wygrać. Nagrody za zdobycie korony Miss Polonia były rzeczywiście cenne. Jako główną nagrodę otrzymałam wyjątkowy jak na owe czasy samochód, Mercedes 190 d z maksymalnym wyposażeniem. Zaś inną z nagród – telewizor Sony, mam do tej pory, ponieważ jest niezawodny.

Od czego zależy sukces w wyborach Miss? Myślę, że wystarczy być sobą – jeśli ma się ciekawą osobowość i ładną powierzchowność  oraz dużo, dużo szczęścia – to sukces gwarantowany.

Nastał nowy czas w moim życiu. W tamtych czasach konkurs Miss Polonia był wydarzeniem, na które czekało się cały rok, a Miss stawała się osobą publiczną i szeroko rozpoznawalną.

Pierwsze dwa pełne dni po finale spędziłam udzielając licznych wywiadów. Aż przyszedł ten pierwszy wymarzony wyjazd…

W Miami z Lutosławskim, w filmie z Adamczykiem, na kolacji ze Schwarzeneggerem

Po tygodniu „panowania” dołączyłam do delegacji rządowej wylatującej do Miami na Florydzie, której uczestnikiem był również Jerzy Gruza. I stała się możliwą rzecz niemożliwa, ponieważ w ciągu kilku dni dostałam wizę do Stanów Zjednoczonych. Nawet teraz nie jest to łatwe, a wtedy, prawie 20 lat temu, to było rzeczywiście niemożliwe.

Była to dla mnie podróż wyjątkowa, bo poznałam to cudowne miejsce od najbardziej luksusowej strony. Latałam pierwszy raz helikopterem i małym prywatnym samolotem wraz z merem Miami. Tam poznałam nieżyjącego już naszego wybitnego kompozytora Witolda Lutosławskiego. To jest dla mnie bardzo istotne i niezapomniane. Bywałam w miejscach niedostępnych dla przeciętnego człowieka. Ale była to też podróż sentymentalna, ponieważ właśnie w Miami mam rodzinę, a teraz też oddanych przyjaciół. Nie miałam szans ich nigdy wcześniej odwiedzić, więc po prostu zbieg okoliczności był dla mnie niebywały. Ten przepych, ale również ten czynnik rodzinny był bardzo istotny dla mnie. To było coś, dla czego w jakimś stopniu warto było ten konkurs wygrać. Do Miami wracałam później jeszcze wielokrotnie i wciąż wracam.

Po powrocie z Miami zaraz rozpoczynały się zdjęcia do filmu muzycznego do muzyki Rossiniego pod tytułem „Ernestyna”, do którego mnie zaangażowano. Wyprodukowano go w kooperacji włosko – niemieckiej, ja grałam w nim rolę tytułową,a jedną z innych ról grał Piotr Adamczyk, aktor dzisiaj powszechnie znany, a wtedy stawiający dopiero pierwsze kroki w zawodzie.

Był  to dla mnie bardzo intensywny czas – terminy goniły, pracowaliśmy  po nocach. Efektem kilkutygodniowego wysiłku była nagroda na festiwalu w Cannes właśnie z tego roku.

Czas upływał mi bardzo szybko, bo zaraz po skończonej pracy na planie filmowym pojechałam na miesiąc do Paryża, gdzie reklamowałam  jedną z firm kosmetycznych. Zajęcie to było bardzo przyjemne, bo otaczało mnie grono bardzo życzliwych ludzi. A ponadto całkiem dobrze poznałam Paryż. Wtedy przeżyłam także niezapomniany wieczór. Zostałam zaproszona na kolację z Arnoldem Schwarzeneggerem w jednej z restauracji na dachu wieży Eiffla. Wówczas obecny gubernator Kalifornii osiągał szczyty sławy i wydawałoby się, że ten „mięśniak” może być tylko zarozumiałym bufonem. Jednak bardzo można było się pomylić. Okazał się bardzo serdecznym, ciepłym i wrażliwym człowiekiem. Byłam zafascynowana jego osobowością.  Jest przykładem prawdziwej „gwiazdy”, która świeci bardzo jasno dzięki własnej naprawdę ciężkiej pracy i zachowuje się naturalnie nie tracąc przy tym skromności. Czułam się nim wtedy prawdziwie oczarowana. Wówczas przekonałam się, jak dalece media przekłamują nieraz rzeczywistość, zupełnie niepotrzebnie kreują postaci, które naprawdę okazują się zupełnie inne, bardziej interesujące.

Nigeria i konkurs Miss Intercontinental

Jednym z najistotniejszych w świetle późniejszych wydarzeń moim wyjazdem, był wyjazd do Nigerii na wybory Miss Intercontinental. Był to nowy konkurs, debiutujący dokładnie w roku mojej wygranej w Miss Polonia. Okazało się, że nie tylko Biuro Miss Polonia, ale i działający od niespełna roku Missland zamierza wysłać swoją kandydatkę – Miss Polski. Zaczęła się trzydniowa nerwówka, która z nas miałaby jechać. Interweniować musiał sam Ambasador Nigerii w Polsce. Dowiedziałam się od niego,  że to ja mam reprezentować Polskę w Nigerii i to ja dostałam natychmiastową wizę. To była sytuacja bardzo zabawna. Bardzo zaprzyjaźniłam się później z tym Ambasadorem, bardzo, bardzo sympatycznym człowiekiem. Wszystko działo się w wielkim pośpiechu, to były dosłownie trzy dni, bo już musiałam lecieć na ten nowy konkurs, do nieznanego kraju w środku Afryki i do tego sama. W ekspresowym tempie zapakowano mnie do samolotu, a po niespełna dwóch godzinach lotu, jeszcze na pokładzie samolotu, który właśnie wylądował we Frankfurcie, zanim zdążyłam wysiąść, dostałam fax podpisany przez szefa Biura Miss Polonia – Piotra Stawickiego, że mam wracać, ponieważ konkurs ma się odbyć dopiero za 3 tygodnie. Byłam tak skonsternowana. Pan Piotr dopiero co przecież żegnał się ze mną na lotnisku. Co robić? Pomyślałam: „No tak, to na pewno robota konkurencji. A jeśli nie? Co ja będę sama robiła na lotnisku w Lagos przez te 3 tygodnie?” Zdecydowałam wrócić jak najszybszym lotem do Warszawy. Okazało się, że dobrze zrobiłam, bo informacja była prawdziwa. Na całe szczęście przez przypadek Biuro Miss Polonia zostało poinformowane przez zaprzyjaźnionych organizatorów – Biuro Miss Bułgarii o zmianie terminu zgrupowania w Nigerii. To było dla mnie wielkie szczęście, bo nie wyobrażam sobie, co by się działo, gdybym osiągnęła wówczas cel podróży. Wiem, że nikt nie czekałby na mnie na lotnisku, bo ambasada polska również nie została poinformowana, że miałam przylecieć tym lotem i nikt się mnie tam wtedy nie spodziewał.

Po trzech tygodniach ruszyłam ponownie w kierunku Nigerii. Odebrano mnie tym razem z lotniska, znalazłam się w najlepszym hotelu w Lagos, ówczesnej stolicy kraju, a dwutygodniowe zgrupowanie było dosyć osobliwe. Polegało na codziennych ćwiczeniach w 40-sto stopniowym upale i przy niemal 100% wilgotności powietrza na tak zwanym „świeżym powietrzu”. Bywały też zajęcia na plaży, żeby media mogły fotografować nas w plenerze. Na zakąskę podawano nam tak pikantne kanapki, że nie dało się ich jeść. Tylko chudnąć! Ale, ale…to jeszcze nie koniec! Wieczory miałyśmy również zagospodarowane, codziennie party, które odbywały się na naszą cześć.

W konkursie znalazłam się w finałowej „5”.

Było bardzo towarzysko. Poznałam wspaniałych ludzi, którzy tam mieszkają, z którymi przyjaźnię się do dzisiejszego dnia. Dlatego ten wyjazd do Nigerii był dla mnie taki rzutujący na przyszłość. Lagos jest miejscem kosmopolitycznym. Mieszkają i pracują tam ludzie, którzy prowadzą wiekie przedsiębiorstwa jak np. Pepsi czy City Bank. Są to ludzie z całego świata, otwarci na innych nowo przybyłych i rzeczywiście to jest coś niesamowitego, bo tworzą pewną wielką rodzinę. Ja poczułam się tam po prostu wyjątkowo, znalazłam wiele serdeczności w nich i tak mnie przygarnęli, że po  wyborach zostałam jeszcze na kolejne 3 tygodnie, oczywiście wiedząc, że w Polsce nie czekają na mnie w tym czasie żadne obowiązki jako Miss. 

Wywiad z M. Trockim, cz. II

Z którą spośród Miss Polonia najlepiej się Panu współpracowało, którą najbardziej Pan polubił? Czy po przekazaniu przez nie korony nadal utrzymuje Pan kontakt z byłymi Miss ?

Pytanie zbyt osobiste. Dla mnie i zapewne dla zwyciężczyń. Przecież byliśmy skazani na siebie i współpracę. Wiązał nas regulamin i umowy. A wszystko zależało od tego, jak się te umowy traktowało. Reprezentowałem instytucję, gdzie sentymenty z natury nie mogły dominować. A dziewczyny, jak dziewczyny. Młodość ma swoje prawa. Jeśli przychodziły do konkursu z pełną świadomością i traktowały swój udział odpowiedzialnie, współpracowało się łatwo i przyjemnie. Jeśli chciały być gwiazdami przede wszystkim – bywało różnie. Rok i kilka miesięcy, bo tyle trwał formalny związek uczestniczek z biurem, to krótko i długo. Biuro stwarzało szansę zaistnienia zwyciężczyniom konkursu, ale to one same decydowały, jak to wykorzystają. A co do dalszych kontaktów… Numeru telefonu nie zmieniłem i zdarza się, że jestem mile zaskoczony, jak usłyszę w słuchawce głos uczestniczki konkursu, która pamięta jeszcze o moim istnieniu.

A może zdradzi nam Pan, jaka jest Pana anty-miss? Czy któraś z Miss Polonia Pana zawiodła?

Jeśli któraś zawiodła, to przede wszystkim sama siebie. Jak wspomniałem wcześniej. Do nas należało zapewnienie możliwie najlepszych warunków, a reszta należała do samych zainteresowanych. Wyrażenie anty-miss dla mnie już zawiera odpowiedź. Musiałaby być antypatyczna, odpychająca, i ogólnie anty… A takie kandydatki raczej nie miały szans w konkursie.

Jakimi kryteriami się Pan kierował przy wyborze polskich delegatek na międzynarodowe konkursy piękności? Czy uwzględniał Pan specyfikę każdego z nich? Od czego, Pana zdaniem, zależy sukces na międzynarodowym konkursie piękności?

O delegowaniu na konkretne konkursy międzynarodowe przede wszystkim decydowały wymogi tych konkursów. Pierwszą zasadą było wysyłanie aktualnej posiadaczki tytułu Miss Polonia, a jeśli nie było to możliwe, następnej w kolejności czyli wicemiss… Dotyczyło to przede wszystkim dwóch największych konkursów międzynarodowych, czyli Miss World i Miss Universe. Dalej decydowały terminy finałów tych konkursów, który był pierwszy po naszym finale Miss Polonia. Na Miss World najczęściej jechała aktualna Miss Polonia, a na Miss Universe I wicemiss. W przypadku mniej znanych konkursów, mieliśmy nieco większą swobodę i głównie braliśmy pod uwagę, czy nasza wysłanniczka da sobie radę w obcym i nieznanym świecie. Przede wszystkim, czy będzie umiała porozumieć się w jakimś języku. Niestety, nie mogliśmy, głównie z powodów finansowych, wysyłać z uczestniczką tłumacza, czy sztabu opiekunek. Co do sukcesów, zależą one od podobnych czynników, jak w finale krajowym. Dobre przygotowanie fizyczne i psychiczne, chęć zwyciężania, umiejętność odnajdywania się w gronie konkurentek, wreszcie stroje konkursowe, które w zawodach międzynarodowych mają jakieś znaczenie i które kandydatki przeważnie mają swoje. W finałach krajowych raczej staraliśmy się zapewniać większość strojów, aby nie powodować konfliktów wśród uczestniczek, których nie było stać na drogie, wyszukane kreacje i uważałyby, że w ten sposób straciły swoje szanse na sukces.

Który z międzynarodowych konkursów piękności jest Pana ulubionym? Przy okazji może zdradzi Pan fanom jakieś anegdoty, nieznane nam ciekawostki o tych imprezach?

Myślę, że na równi postawiłbym Miss World i Miss Universe. Największe i najbardziej prestiżowe. Miss World był pierwszy, ale Miss Universe w niczym mu nie ustępuje. Od lat oba rywalizują o miano najlepszego. Miss Universe ma nieco lepszą sytuację, bo współwłaścicielem jest jedna z amerykańskich sieci telewizyjnych, co ułatwia dostęp do rynku medialnego.

Pracował Pan w Biurze Miss Polonia przez prawie 20 lat, przez 7 był jego Prezesem. Jakby Pan podsumował ten okres – co uważa Pan za swój największy sukces, a co za największą porażkę?

Trudno mi ocenić, czy były jakieś spektakularne sukcesy. Sądzę, że największym sukcesem było to, że konkurs Miss Polonia udało się utrzymać „przy życiu” jak się to mówi i zapewnić istnienie firmy przez tyle lat. Przecież wszystko się zmieniło. Na rynku pojawiła się cała masa konkursów konkurencyjnych, powstał rynek telewizyjny, rozwinął się „przemysł” reklamowy. Bez przerwy uczyliśmy się.

A teraz bardzo osobiste pytanie – dlaczego właściwie zrezygnował Pan z prowadzenia konkursu Miss Polonia i czy czasami żałuje Pan swojej decyzji?

Odpowiedź jest dosyć prosta. Wieloletnie ogromne zaangażowanie fizyczne i emocjonalne w zapewnienie nieprzerwanego funkcjonowania konkursu było bardzo wyczerpujące. Nie było prostych spraw i łatwych sytuacji. Nadszedł wreszcie taki moment, że trzeba było zwolnić tempo. To  nie była zwykła praca jak w biurze, sklepie, fabryce, czy nawet we własnym biznesie. To musiał być sposób, dosyć szalony, na życie. Konkurs absorbował cały czas i całą energię. Nie było praktycznie miejsca na dom i prywatne życie. Dłużej się tak już nie dało funkcjonować. Nieraz o tym myślę i ciągle dochodzę do tego samego wniosku, innej decyzji nie mogło być. Może kiedyś, ale jeszcze nie teraz, z nutką żalu, że się skończyły, będę wspominał lata poświęcone konkursowi.

Czy nadal śledzi Pan konkurs Miss Polonia, interesuje się nim? Czy praca zmieniła się w hobby? A jeśli tak, czy widzi Pan jakieś zmiany w organizacji konkursu Miss Polonia na przestrzeni ostatnich kilku lat (po zmianie kierownictwa) i czy Pana zdaniem te zmiany podążają w dobrym, czy w złym kierunku?

Doskonałe określenie, ale zbyt wąskie: „hobby”. Tak, to było hobby i znacznie, znacznie więcej. To był sposób na życie. Inaczej się nie dało. Zapewne prawdziwość tego stwierdzenia mogą ocenić nasi następcy. Przyznam uczciwie, z powodów emocjonalnych staram się  ograniczać zainteresowanie  bieżącymi wydarzeniami konkursowymi. Raczej próbuję być zwykłym widzem. Nie mogę i nie chcę też być recenzentem poczynań obecnego zespołu organizatorów. Nie byłbym chyba obiektywny. Zawsze musiałbym porównywać ich działania do swoich. Mam świadomość, że prowadzą konkurs w sposób optymalny do bieżących potrzeb i sytuacji na rynku. Mogę tylko lekko nieskromnie zaznaczyć, że następcom pozostawiliśmy konkurs Miss Polonia w dobrym stanie. Z uznaną i bezdyskusyjną pozycją numer jeden na krajowym rynku, z doskonałymi kontaktami z konkursami światowymi. Jednak wiele działań jest uwarunkowane nie tylko chęciami i postawą kierownictwa, ale też czynnikami zewnętrznymi, na które nie można mieć wpływu. Jest to jednak dziedzina, gdzie wyjątkową rolę odgrywają cechy osobiste i one decydują o sukcesie lub porażce. Każdy, kto zetknął się z machiną konkursową, czy chciał tego czy nie, zostawił swój ślad. Do widzów i entuzjastów konkursu będzie raczej należało ocenianie, kto i jaką rolę w nim odegrał. Ważne, że konkurs nieprzerwanie funkcjonuje.

W tym roku konkurs Miss Polonia obchodzi piękny jubileusz – 80-te urodziny. Czego chciałby Pan życzyć Szacownemu Jubilatowi ?

Tak, to piękny jubileusz i prawdziwy sukces. Wbrew przeciwnościom losu konkurs Miss Polonia istnieje. Ma swoje grono widzów i fanów. Gromadzi wokół ludzi zaangażowanych. Jest propozycją dla młodych dziewcząt, że warto wierzyć w siebie, a przede wszystkim, że trzeba dać sobie szansę i spróbować rywalizacji. Życzenia przynajmniej następnych osiemdziesięciu lat funkcjonowania wydają się zbyt oczywiste. Z pozycji własnych doświadczeń życzę, aby nie zabrakło przede wszystkim niezmiernie oddanych ludzi, którzy dbają o jego istnienie.

Wywiad przeprowadzony przeze mnie dla oficjalnej strony konkursu Miss Polonia w październiku 2009 roku.

Wywiad z M. Trockim, cz. I

Witam Panie Michale! Proszę się nam przedstawić. Jaki jest Michał Trocki zawodowo i prywatnie? Proszę opowiedzieć nam trochę o sobie, o swoich pasjach, marzeniach, a także o dotychczasowych osiągnięciach oraz o Pana najbliższych zawodowych celach i dalszych planach, ambicjach, związanych z pracą.

Odpowiem nieco przewrotnie. „Koń jaki jest, każdy widzi.” Na moje „szczęście”  nigdy nie startowałem i nie będę startował w konkursie Miss Polonia. Stało się za to tak, że miałem swój udział w jego historii. Należę do pokolenia obywateli przełomu w naszym kraju, jak czasem się mówi. Urodziłem się na tyle późno, żeby nie mieć bagażu wojny światowej, a na tyle wcześnie, żeby uczestniczyć we wszystkich istotnych przemianach w naszym kraju. Niektórzy mówią, że jesteśmy pokoleniem straconym. Ja wcale tak nie uważam. Powiem więcej, myślę, że doświadczyłem i doświadczam życia w ciekawych czasach. Ciągle ze zdumieniem obserwuję, jak kraj się wokoło zmienia. Jak przechodzimy od siermiężnej szarzyzny PRL-u do kolorowego świata dzisiaj. Los mnie „rzucił” dawno temu do Stolicy i mam nadzieję, że tu pozostanę. Szczyt „kariery” zawodowej mam już raczej za sobą, nie planuję wielkich przedsięwzięć. Prowadzę skromną firemkę i cieszę się życiem. Teraz sprawy rodzinne są najważniejsze.

Skąd wziął się Pan w Miss-biznesie? Czy podjęcie pracy w BMP, a później objęcie w nim funkcji Prezesa, to przyczyna, czy też skutek Pana zainteresowania konkursem Miss Polonia? Jest Pan fanem tego konkursu, który powoli, krok po kroku realizował swoje marzenia, czy też Pana praca przy tym konkursie to czysty przypadek? Czym się Pan zajmował, zanim trafił Pan do Biura Miss Polonia? I jak wspomina Pan swoje pierwsze doświadczenia związane z tą imprezą?

Gdyby jakaś wróżka w moich młodych latach przepowiedziała mój związek z konkursem piękności, to pewnie nie mielibyśmy okazji rozmawiać dłużej, bo umarłbym ze śmiechu. Życie jednak jest pełne niespodzianek, a przypadki są nieodłącznym jego elementem. Po raz pierwszy z konkursem piękności zetknąłem się bodajże w roku 1988 (daty nie jestem pewien). Było to w Warszawie w Hali Mirowskiej, gdzie odbywały się eliminacje regionalne o tytuł Miss Mazowsza. Dałem się namówić znajomym, którzy jakoś byli zaangażowani i poszliśmy razem na imprezę. Niewiele z tego pamiętam. Były tłumy, gorąco i ciasno. No i ogromny entuzjazm widzów. Bliższy kontakt z samą organizacją rozpoczął się od roku 1990. Były to czasy wielkich zmian w kraju. W moim życiu zawodowym również. Z wykształcenia jestem inżynierem chemikiem ze specjalnością technologii obuwia. Wiele lat przepracowałem w branży skórzanej. Wcześniej prowadziłem własną firmę, ale zmiany gospodarcze spowodowały konieczność zmiany branży. Zastanawiałem się, co robić dalej. Wtedy pojawił się Piotr Stawicki, którego wcześniej poznałem na jednym z zebrań osiedlowych. Mieszkaliśmy nieopodal i czasem spotykaliśmy się na zebraniach naszej Spółdzielni Mieszkaniowej. Opowiadał, że oprócz dziennikarstwa, zajmuje się konkursem Miss Polonia i właśnie ma duży problem z dobraniem nowego zespołu. Na początek chodziło o pomoc czysto techniczną. I tak się to zaczęło.

Co było dla Pana najtrudniejsze w Pana pracy w BMP? Co Pan najbardziej w niej lubił, a czego nie cierpiał? Kto najbardziej Panu pomagał i wspierał w Pana pracy?

Od chwili włączenia się do zespołu organizującego konkurs, zajmowałem się przede wszystkim sprawami technicznymi, biurowymi i biznesowymi. Jako jedyny miałem doświadczenie w samodzielnym prowadzeniu firmy. Podział ról nastąpił niemalże automatycznie. Każdy starał się robić to, na czym znał się najlepiej. Nigdy specjalnie nie zabiegałem, żeby mieć bezpośredni udział w samych wyborach, chociaż zespół był na tyle mały, że nieraz trzeba było zajmować się wszystkim, co działo się w firmie. Dlatego staraliśmy się wspierać nawzajem, a spoiwem dla zespołu było wzajemne zaufanie i zrozumienie. Później dołączyła przyjaźń. Początki były niezmiernie trudne. W kraju wszystko się zmieniało. Organizacji konkursu nadano formę spółki prawa handlowego i od tego momentu rozpoczęła się twarda walka o byt ekonomiczny na rynku.

Jakie było najśmieszniejsze i najstraszniejsze zdarzenie podczas Pana „prezesury”? Największa „wpadka”? Czy jest może coś, czego Pan żałuje, albo co Pana zaskoczyło?

Nie należę do ludzi, którzy zbyt długo rozpamiętują porażki, czy bez przerwy wracają do historii. Życie nie znosi próżni. Gdyby specjalnie poszperać w przeszłości, pewnie znalazłoby się wiele spraw drażliwych, irytujących, czy po prostu złych. Ale nie warto o tym pamiętać, ani się nimi zajmować. Trzeba być optymistą. Jednak nie mogę nie wspomnieć o jednym. Najtragiczniejszym zdarzeniem był nieszczęśliwy wypadek, w którym zginął mój poprzednik i przyjaciel Piotr Stawicki. Pamiętam obrazy z miejsca wypadku i następny dzień po zdarzeniu – dużo wcześniej zapowiedziana konferencja prasowa w Hotelu Forum przed wyjazdem Miss Polonii Agnieszki Zielińskiej na finał Miss World. I absolutna bezradność. Jak wyjść do dziennikarzy, co powiedzieć? Co w ogóle zrobić? Nic już później nie było tak trudne.

Jeśli chodzi o zdarzenia śmieszne i straszne, było jedno takie śmieszne i straszne zarazem. Nie określę go w czasie i proszę nie pytać o nazwisko. Zdarzyło się, że wysłaliśmy naszą kandydatkę na jeden z konkursów do dalekiego kraju w Azji. Po kilku godzinach, gdy był już czas na potwierdzenie obecności, otrzymaliśmy zapytanie od organizatorów, dlaczego nasza kandydatka jeszcze nie dojechała. Ogarnął nas blady strach i rozważaliśmy najgorsze scenariusze, do uprowadzenia włącznie. Podróż była zaplanowana precyzyjnie, dopilnowaliśmy w Warszawie, aby wsiadła do właściwego samolotu. Wcześniej zainteresowana oczywiście zapewniała nas, że doskonale zna język angielski i nie tylko. Zaangażowaliśmy w poszukiwania pracowników MSZ-tu i ambasady w kraju organizatora. Po kilku następnych godzinach „zguba” się odnalazła, a my odetchnęliśmy z ogromną ulgą. Jeszcze długo po jej szczęśliwym powrocie ze śmiechem wspominaliśmy całą „awanturę”.

Który  konkurs Miss Polonia najbardziej utkwił Panu w pamięci i dlaczego?

Tak się składa, że najgłębiej zapadają w pamięci zdarzenia nieprzewidywalne. Tak było na przykład w 2002 roku podczas finału w Teatrze Muzycznym w Gdyni. Po ogłoszeniu zwyciężczyni nadszedł moment włożenia korony na głowę Miss… i konsternacja. Korony nie ma. Panika, popłoch, transmisja na żywo i prawdziwy dramat. Sytuację udało się opanować, ale było gorąco. A korona? Stała w pudełku najnormalniej w świecie obok krzesła, gdzie ostatnią naradę przed koncertem prowadzili reżyser z inspicjentem.

Zawsze wszystkich interesuje, czy miał Pan jakikolwiek wpływ na werdykt w konkursie Miss Polonia? Czy przedstawiał Pan jurorom jakieś sugestie, czy też o wyborze decydowały wyłącznie ich osobiste gusta? I czy często się zdarzało, że werdykt Pana zaskoczył, czy wręcz zszokował?

Podstawową zasadą, której przestrzegaliśmy konsekwentnie, było pozostawienie werdyktów konkursowych wyłącznie w gestii jurorów, którym powierzaliśmy tą rolę. Naszym zadaniem było takie dobranie grona jurorów, żeby wybór był możliwie najlepszy. Stąd na przykład zasada, żeby w jury zasiadali ludzie, którzy na co dzień stykali się z zagadnieniami sztuki, estetyki, urody, mody, mediów itp. Kobiety i mężczyźni, żeby przedstawiciele firm sponsorujących konkurs nie stanowili większości. Staraliśmy się, na tyle na ile było to możliwe, tak organizować pracę jurorów, aby mieli szansę przyjrzeć się kandydatkom dłużej niż tylko w trakcie koncertu finałowego. A werdykty? Tak, każdy był zaskoczeniem, ale pozytywnym. W gronie kilkunastu finalistek, które rywalizowały o koronę i tytuły wszystkie miały równe szanse. Decydowały subtelne, nieprzewidywalne momenty. Gest, uśmiech, dobre samopoczucie na scenie, kondycja fizyczna, wreszcie chęć wygrania. Wielokrotnie w biurze próbowaliśmy układać przed finałem rankingi i nie zdarzyło się, żebyśmy trafnie przewidzieli werdykt, czasami byliśmy blisko.

Jakie cechy, Pana zdaniem, powinna posiadać idealna Miss Polonia i która z naszych polskich królowych piękności jest do tego ideału najbardziej zbliżona?

Jest to nieustający problem konkursowy. Raz na zawsze zapisać wzorzec urody kobiecej, a później dopasowywać do niego kandydatki, czy jednak organizować konkurs. A konkurs, jak każde zawody, może być rozstrzygany wyłącznie wśród tych, którzy zdecydują się stanąć na starcie. Do organizatorów należy zapewnienie równych szans i odpowiedniej oprawy. I w ten sam sposób zapewne należałoby rozstrzygnąć dylemat, która Miss Polonia jest najbliższa ideału. Ja myślę, że każda na swój sposób.

 

Wywiad z Z. Rudnicką, cz. II

A czy jest jakaś scena, na której Zofia Rudnicka szczególnie lubi pracować? Woli amfiteatr, czy zamkniętą salę? Sceny małe, czy wielkie?

„W amfiteatrze trzeba bardzo przemyśleć rysunek choreograficzny, gdyż widzowie oglądają kandydatki z różnych stron, nie tylko z przodu, tak jak to jest w teatrze. Operowanie 20 osobami w przestrzeni jest o wiele ciekawsze na większej scenie.”

 

Finały konkursu Miss Polonia, przy których pracowała Zofia Rudnicka, prawie zawsze odbywały się w Sali Kongresowej. Dochodziło wówczas do wielu śmiesznych dziś, choć wtedy stresujących sytuacji.

„W Sali Kongresowej suknie ślubne do prezentacji znajdowały się w pokojach na piętrze, ponieważ nie mieściły się w garderobach. Jedna z dziewcząt zabłądziła w korytarzach i po rozpaczliwych poszukiwaniach wyjścia udało jej się dobiec do sceny w końcowej fazie układu. Weszła „niepostrzeżenie” w przekrzywionym wianku i w strasznych nerwach i jakoś udało jej się odnaleźć swoje miejsce. Naprawdę koncerty finałowe są dla kandydatek bardzo wielkim wyzwaniem. Tak naprawdę to każda z nich jest bohaterką tego wieczoru.”

 

Jedynym finałem poza Salą Kongresową, do którego choreografia przygotowywana była przez Zofię Rudnicką, był finał Miss Polonia 1992. Odbył się on w hali poznańskiej Areny.

„Tam wydarzyło się coś, co było i śmieszne, i straszne zarazem. Na olbrzymiej przestrzeni sceny amfiteatru pojawiła się dodatkowa trudność – synchronizacja wszystkich elementów widowiska. Obsługa nagłośnienia była z Niemiec. Już w czasie próby zdarzało się im pomylić muzykę. Natomiast na koncercie zgubili rozpiskę kolejności. W pewnym momencie przekazano im, że teraz numer „drei” czyli 3, a oni usłyszeli „zwei” czyli 2. Zupełnie jak głuchy telefon i dopiero za trzecim razem puścili właściwy numer. Speszone dziewczyny wyszły nawet do połowy sceny i musiały zawrócić. No i kiedy wreszcie „poszła” właściwa muzyka, te mniej odporne na stres „posypały się” w układzie. Na szczęście w następnym wyjściu można było poprawić wrażenie.”

 

Finał Miss Polonia ’92 był pamiętny jeszcze z innego powodu:

„Obozy kondycyjne i zgrupowania odbywały się zawsze w miejscach odosobnionych np. Reymontówka koło Siedlec, ośrodek w Gołdapi, Hotel Gołębiewski na Mazurach, który dopiero rozpoczynał „karierę”. Nie było jeszcze telefonów komórkowych i dziewczęta na czas dwóch tygodni były w zasadzie izolowane od wszelkich kontaktów. Gdy przyjechałyśmy na koncert do Poznania, w hotelowej restauracji na śniadaniu okazało się, że nasze piękności siedzą naprzeciwko oniemiałej reprezentacji Polski w piłce nożnej.”

 

Spośród wszystkich Miss Polonia Zofia Rudnicka zapamiętała szczególnie dwie:

„Spośród wszystkich Miss Polonia bardzo mile wspominam Joannę Michalską z mojego pierwszego konkursu. Bystra, inteligentna, świadoma gestu, poruszająca się z klasą i mająca piękną prezencję i elegancję. W jej urodzie jest harmonia i urok, dzięki któremu mogła zostać Miss Polonią. Natomiast Miss najbardziej zbliżoną do ideału pięknej Polki była Ewa Wachowicz. Rano tzw. saute – bez makijażu, wyglądała zawsze pięknie, świeżo i radośnie. Miała świetne proporcje, była zgrabna i dorodna, z naturalnymi, długimi, blond włosami i ślicznym uśmiechem. W konkursie mogła startować już od rana.”

 


Od czasu ostatniego finału Miss Polonia, robionego we współpracy z Zofią Rudnicką, upłynęła dekada. Przez ten czas konkurs Miss Polonia bardzo się zmienił. Jak ona sama ocenia te zmiany?

„Po tragicznej śmierci Piotra Stawickiego, konkursy Miss Polonia trzymały jeszcze przez jakiś czas styl. Po kilkuletniej przerwie robiłam jeszcze jeden z nich. Natomiast, gdy zobaczyłam kiedyś w telewizji finał Miss Polonia, gdzie kandydatki wychodziły w dwuczęściowych kostiumach, następnie prezentowały bieliznę i w choreografii kokietowały dość nachalnie tancerzy biorących udział w ich prezentacjach pomyślałam, że jest to konkurs na zupełnie inną Miss i Piotr Stawicki przewraca się w grobie. Prowokujące kostiumy i wyzywające ruchy – to nie o to chodziło w konkursie Miss Polonia. Miss Polonia to elegancja, wdzięk i kobiecość urodziwej, młodej Polki. Myślę, że w ostatnich latach wszystko wróciło do normy i z ciekawością obejrzę tegoroczny konkurs.”

Wywiad przeprowadzony przeze mnie dla oficjalnej strony konkursu Miss Polonia w październiku 2009 roku.

Wywiad z Z. Rudnicką, cz. I

Zofia Rudnickatancerka, choreograf i pedagog. Ukończyła Ogólnokształcącą Szkołę Baletową w Warszawie, a także Uniwersytet Muzyczny im. Fryderyka Chopina, gdzie zrobiła doktorat i wykłada kompozycję tańca na kierunku pedagogika baletowa.  Z Teatrem Wielkim związana była przez 20 lat, występowała tam jako solistka baletu w repertuarze klasycznym. Równocześnie zajęła się choreografią. Współpracowała z telewizją jako solistka wielu programów muzycznych i rozrywkowych, potem też jako choreograf m.in. „Kabaretu Olgi Lipińskiej”.  Współpracowała także z teatrami dramatycznymi i muzycznymi w całej Polsce, utaneczniała rewie mody, recitale piosenkarzy. Wykreowała choreograficznie grupę Vox. Za swoje największe osiągnięcie artystyczne uważa prapremierową choreografię „Nienasycenia” wg Witkacego do muzyki Tomasza Stańko oraz prapremierowy balet „La dolce Vita” do muzyki Nino Roty, obydwa w Teatrze Wielkim w Warszawie, a także balet „Rudolf Valentino” wystawiony w Teatrze Rozrywki w Chorzowie, za który otrzymała Złotą Maskę. Stale współpracuje ze Szkołą Baletową w Warszawie, realizując dla uczniów miniatury choreograficzne na koncerty i konkursy baletowe.

Do współpracy z BMP zaprosił ją jego dyrektor Piotr Stawicki w 1990 roku. Dziś Zofia Rudnicka tak wspomina początek tej współpracy:

Propozycja Piotra była bardzo interesująca. Przygotowałam wybory Miss Mazowsza a następnie zaś konkurs Miss Polonia. Miałam na to czas, ponieważ byłam od roku na baletowej emeryturze. Nasz „obóz kondycyjny” odbywał się w Jadwisinie. Na asystenta zaangażowano moją przyjaciółkę ze sceny baletowej Maję Dubik, z którą potem pracowałyśmy przy kolejnych konkursach. Ponieważ miałam małe dzieci, 5-letniego syna Adama i jeszcze malutką Izę „przy piersi”, pojechałam tam z nianią – Panią Tereską. Na sali prób ustawiono nam całą scenografię, czyli podesty ze schodami. Były to idealne warunki do ćwiczenia wszystkich układów i prezentacji. Dziewczęta pracowały bardzo intensywnie, choreografie nie były łatwe – no i jeszcze te schody do pokonania. Dało to jednak piękny efekt i podniosło walor widowiskowości. Na koncercie dziewczyny spisały się świetnie, były pewne, uśmiechnięte i swobodne. „


Właśnie ten pierwszy konkurs Miss Polonia, przy którym pracowała, najbardziej utkwił jej w pamięci.


„Był dla mnie czymś nowym i myślę, że nie znając jeszcze tej materii, włożyłam w tę pracę najwięcej wysiłku. Myślę, że był najbardziej efektowny od strony widowiskowej i najlepiej przygotowany. Lucjan Kydryński zachwycał się tangiem finalistek na tych słynnych podestach i schodach, wykonanym niezwykle równo i świetnie eksponującym ich walory. Natomiast ja sama za najładniejszy numer uważam swing z kapeluszami, który dziewczyny tańczyły w ślicznych czarnych kostiumach kąpielowych z białymi kołnierzykami – wyglądały uroczo.”

Rok 1990 zapoczątkował współpracę Zofii Rudnickiej z konkursem Miss Polonia, która trwała przez kolejne 4 lata i po małej przerwie jeszcze raz, w 1999 roku.

Współpraca ta nie zawsze była łatwa.

„Przy wyborach Miss Polonia pracuję z tak zwanymi amatorkami. Nieliczne mają za sobą kontakt z tańcem. W 1999 roku, startowała Dorota Czaja, absolwentka Warszawskiej Szkoły Baletowej, która w swoim indywidualnym wyjściu mogła popisać się tańcem. Praca zaczyna się od podstaw. Muszę nauczyć dziewczyny harmonijnego chodzenia, korygowania sylwetki w ruchu i pewnej swobody. Zawsze miałam tak zwane prowadzące, na których pamięci i bystrości można było oprzeć układ. Natomiast choreografię trzeba wymyśleć tak, aby taniec mógł dać im dodatkowe punkty.

Wykonywałam tą pracę z dużą przyjemnością, ponieważ szalenie miłe jest pracowanie z młodymi ludźmi. Na moich oczach dziewczyny zmieniały się, nabierały pewności siebie, elegancji i wdzięku, odkrywały swoje walory. Byłam bardzo wymagająca, ale wiedziałam do jakiego momentu mogę to robić. Często je chwaliłam i starałam się, żeby ten konkurs był dla nich jednak przyjemnością. Było naprawdę sympatycznie.”

Jest wiele elementów, które musi brać pod uwagę choreograf konkursu piękności.

„W wyborach Miss najważniejsze są ich bohaterki, czyli urodziwe dziewczyny, które dostały się tutaj po długich eliminacjach. Trzeba zrobić wszystko, by jak najpiękniej mogły zaistnieć w konkursie. Za moich czasów w finale było ich około 20. Ustalaliśmy z reżyserem, jakie będą miały wyjścia, ile prezentacji i ile tańców, w których także wychodzą z numerkami i są bacznie obserwowane. Trzeba je tak umiejętnie przegrupowywać, żeby z przodu sceny znajdowały się taką samą ilość razy. Trzeba też uważać, aby te największe nie stawały zbyt często przy najmniejszych, które są zwykle z początkowymi numerami. Muszą mieć po prostu równe szanse. Tańce zaś powinny pokazać ich wdzięk, kobiecość i temperament. Muzykę dobieraliśmy z dyrygentem, ale w momencie, gdy szła z nagrania, wybierałam ją sama. Zawsze próbowałam, jak się do tego chodzi i czy ja dobrze się czuję w tym rytmie. Idealne są piosenki Basi Trzetrzelewskiej, Georga Michaela i Chrisa Rea. Mają świetny rytm i nastrój, co ma wpływ na wyraz twarzy i całą sylwetkę idących dziewcząt. Specjalnie dla telewizji scenograf projektował rodzaj wybiegu, taki jak na pokazach mody, aby dziewczyny mogły dalej wchodzić w widownię i być lepiej sfotografowane. Ponieważ bardzo dużo pracowałam w telewizji, wiedziałam jak przygotować choreografię, aby jak najlepiej pokazać dziewczęta. Jeśli chodzi o stroje, to początkowo dziewczyny miały własne suknie koktajlowe i wieczorowe. Kostiumy kąpielowe były szyte dla wszystkich jednakowe i musiały być jednoczęściowe – taka była zasada konkursu. Inne wyjścia zależały od sponsorów. Zakłady Caro w Siedlcach dały legginsy z koszulkami – był taniec aerobicowy. Zaproponowano suknie ślubne – była ich prezentacja. Projektantka, której nazwiska nie pamiętam, dała czarno-czerwoną kolekcję o charakterze hiszpańskim – było to „słynne tango”.

Na pewno dodatkowe emocje wzbudza fakt, że finały Miss Polonia, to imprezy transmitowane „na żywo”.

„Oczywiście na żywo jest to duże wyzwanie. Trzeba wiedzieć, jaki stopień trudności powinny mieć dane układy, aby móc wyegzekwować perfekcję w możliwej do wykonania ilości prób. Nie można popisywać się choreografią, gdyż jest ona tu tylko instrumentem do zademonstrowania urody, wdzięku i umiejętności tych pięknych, młodych dziewcząt. Trzeba wszystko brać pod uwagę: stopień trudności, stres i istniejące warunki. Dodatkowo muszą one zmieniać kostiumy, miejsca z których wychodzą, muszą odpowiadać na pytania, to wszystko nie jest łatwe.”