Grażyna Rysik – finalistka Miss Polonia ’88, matka Marioli;
Mariola Rysik – finalistka Miss Polonia 2011, córka Grażyny
Wywiad przeprowadzony przeze mnie dla Globmiss w kwietniu 2012 roku
Ufff… nareszcie po ciężkiej sesji. Możemy sobie Mamo w końcu razem usiąść i spokojnie porozmawiać przy herbatce.
Chętnie Córeczko. A o czym sobie porozmawiamy dzisiaj?
Hmmm… może… może o konkursie Miss Polonia? Od finału, w którym brałam udział, minęło już kilka miesięcy, emocje opadły, nabrałam dystansu. Powspominamy?
Z przyjemnością. Ale właściwie to co Cię podkusiło, żeby wystartować w takiej imprezie? Ty – 20 letnia studentka Politechniki Warszawskiej na niełatwym kierunku Elektrotechnika i wybory Miss?
Wszystko zaczęło się 1 października, gdy podczas odbioru indeksu dostałam również propozycję wzięcia udziału w konkursie piękności. Wtedy się tylko uśmiechnęłam i nie powiedziawszy ani tak, ani nie, podekscytowana pierwszym dniem na studiach uciekłam. 15 dni później zostałam Miss Wydziału Elektrycznego, a po miesiącu Miss Politechniki Warszawskiej. Już podczas tego pierwszego miesiąca, wypełnionego próbami do wyborów Miss i Mistera PW, poznałam wspaniałych ludzi – m. in. uczestników konkursu z innych wydziałów, z którymi utrzymuję kontakt do dziś.
Po kilku miesiącach panowania jako Miss PW dostałam propozycję reprezentowania mojej uczelni również w konkursie Miss Polonia. Powiem szczerze, że z jednej strony byłam nastawiona sceptycznie do takich imprez, uważałam, że nie pasuję do tego świata i 100 razy lepiej czuję się jako zwykła dziewczyna, której urodę od czasu do czasu ktoś pochwali. Z drugiej strony myślałam zaś, że może to być niezapomniana przygoda i w zasadzie to pewnie jest moja jedyna szansa w życiu, żeby spróbować. Za namową studentów zgodziłam się i po uzgodnieniu wszystkich spraw dotyczących nauki pojechałam do Białegostoku na ogólnopolskie ćwierćfinały.
A jak było z Tobą Mamo? Przecież Ty też jesteś finalistką konkursu Miss Polonia. Dlaczego w 1988 roku zdecydowałaś się na start w tych wyborach?
Nie planowałam udziału w takiej imprezie, to była decyzja jednej chwili. Byłam w domu w Lidzbarku Warmińskim, odkurzałam mieszkanie, a Twoja babcia czytała Gazetę Olsztyńską, w której był artykuł o naborze kandydatek do konkursu. Nosił on tytuł „Szansa dla odważnych” (czy coś podobnego). Nie „szansa dla ładnych”, „atrakcyjnych”, tylko „szansa dla odważnych” i Twoja babcia, czytając ten artykuł, stwierdziła, że to dla mnie, bo przecież jestem odważna. Zrodziła się chęć przeżycia czegoś ciekawego i sprawdzenia się, czy uda mi się coś osiągnąć, jak oceniają mnie inni ludzie, związani z konkursem, znawcy urody. Skoro zostałam modelką (wybraną spośród wielu) to spodziewałam się, że odpowiadam podstawowym wymogom, co do urody i prezentowania się, ale nie wierzyłam nadal w siebie i korciło mnie, aby sprawdzić, jak odbierają mnie inni.
Sprawdziłam i…. ciągle byłam zaskoczona, nie dlatego, żebym myślała o sobie źle i zaniżała własną wartość, ale chyba tak nie do końca była to „moja bajka”. Szłam do przodu, pokonywałam kolejne szczeble konkursu i zdobywałam kolejne laury, ale nie wiązałam z tym swojej przyszłości. Nie zmieniałam planów, nie lansowałam się. Konkurs Miss Polonia nie determinował mojego życia. Nie liczyłam na wygrane nagrody, po prostu musiałam odpowiedzialnie przejść to, co zaczęłam, bo przecież na to się świadomie decydowałam, więc nie było powodu, aby się wycofywać. Wszystkie werdykty przyjmowałam z pokorą i bez żalu. Choć konkurs był miłym zdarzeniem, to jednak czekałam, aby życie wróciło do normy…. ale ono już nigdy po wyborach tak zupełnie nie wróciło.
Zaciekawiłaś mnie. A jaka była Twoja droga do finału? Czy musiałaś pokonać podobne szczebelki na konkursowej drabinie, jak ja?
Na początku 1988 roku wzięłam udział w eliminacjach wstępnych do konkursu regionalnego Miss Warmii i Mazur (były to pierwsze wybory w tym regionie). Zakwalifikowałam się do finału i w lutym 1988 r. podczas gali, która odbyła się w Hali Urania, zostałam wybrana Miss Warmii i Mazur i Miss Uśmiechu. Byłam zaskoczona. Nie czułam, że jestem faworytką. Nikt z otoczenia nie dał mi tego odczuć. Potem był wyjazd do Warszawy, do Klubu Za Żelazną Bramą. Tam byłam gościem, bo to były eliminacje do ogólnopolskiego półfinału, w których ja nie musiałam brać udziału. Byłam do niego automatycznie zakwalifikowana (jako miss regionu).
Półfinał odbył się w marcu. W 1988 roku akurat był on zorganizowany w Olsztynie, co mnie bardzo ucieszyło. Byłam na swoim terenie, wśród dopingu i oklasków moich znajomych i mieszkańców regionu. Jako jedyna z Warmii i Mazur weszłam do ogólnopolskiego finału. Było mi trochę smutno, że jestem sama. Liczyłam, że awansuje też moja koleżanka z Olsztyna i będzie nam razem raźniej. Miło było odnieść sukces, skoro wzięłam w konkursie udział, ale z drugiej strony, to liczyłam, że nie przejdę dalej i będę mogła spokojnie zająć się studiami. Po ogłoszeniu werdyktu, że jestem w finale, wśród 16 dziewczyn z całej Polski, zaczęłam się martwić, co ja pocznę z nauką, czy to aby nie spowoduje zawalenia przeze mnie roku. Potem pomyślałam, że nie mam już wyjścia i będę musiała jakoś to poukładać. Moja edukacja nie ucierpiała za bardzo. Przy życzliwości i pomocy władz uczelni uzyskałam zgodę na indywidualny tok na czas jednego semestru i studia toczyły się zgodnie z planem.
Byłaś wtedy prawie moją rówieśnicą, studentką, jak ja teraz, wiele razy opowiadałaś mi o tamtym okresie…
Miałam 21 lat. Byłam studentką II roku pedagogiki opiekuńczo-wychowawczej w Wyższej Szkole Pedagogicznej w Olsztynie. Moja rodzina (rodzice i młodszy brat Piotruś) mieszkali w Lidzbarku Warmińskim, a ja na co dzień przebywałam tam, gdzie się uczyłam. W każdą wolną chwilę pędziłam do domu, do rodziny, do Lidzbarka. Choć bardzo lubiłam Olsztyn i nadal go uwielbiam, to jednak chwile spędzone w domu były dla mnie bezcenne. Czas spędzałam tak jak wielu moich rówieśników: kino, książki, słuchanie muzyki, towarzyskie spotkania, imprezy taneczne (zawsze lubiłam tańczyć); sporo się uczyłam, aby nie przedłużać czasu mojej nauki i nie obciążać rodziców dodatkowymi kosztami utrzymania mnie na studiach. Nie lubiłam samotności, zawsze otaczałam się znajomymi. Podczas studiów trochę pracowałam jako modelka. Miałam znajomych, koleżanki i przyjaciół, miałam też sympatie, ale moje serce wypełnione było wówczas miłością do jednego mężczyzny, którego niestety nie było koło mnie i nie wiedziałam, czy kiedykolwiek będzie. Potem okazało się, że przez jakiś czas wypełnił moje życie i pozostawił po sobie wyjątkowy ślad – Ciebie – moją świetną Córkę.
Moje plany i marzenia nie były zbyt wygórowane – wiązały się ze szczęśliwym, zwykłym życiem w miłości, zdrowiu i radości. Pragnęłam być kobietą spełnioną w każdej sferze – zawodowej i osobistej, ale nie miałam wygórowanych wymagań. Nie chciałam od życia niczego nadzwyczajnego. Nie marzyłam o sławie, podróżach, kosztownościach, bo szkoda mi było marzeń na takie rzeczy, które są materialne i które mogą być moimi planami, a nie marzeniami. Ciągle uważam, że marzenia dotyczą kwestii niematerialnych, wszystko inne to nie marzenia, a plany.
Jakie my jesteśmy do siebie podobne… Ja jestem: 100% kobietą, która mówiąc w lewo, jedzie w prawo, córką najwspanialszej Mamy na świecie, ukochaną wnuczką, przyjaciółką od dzieciństwa paru rewelacyjnych ludzi i… oczkiem w głowie najwspanialszego mężczyzny, jakiego miałam kiedykolwiek okazję poznać. Jestem spełniona i bardzo szczęśliwa. ,,Jaka jest Mariola Rysik?,, Hmmm… Na pewno nieprzewidywalna, często zamyślona, czasami mam wrażenie, jakbym żyła we własnym świecie: nie pamiętam o rachunkach, spóźniając się zawsze mam nadzieję, że autobus na mnie poczeka. Można mnie chyba nazwać ,,niepoprawną romantyczką? Sporo w życiu przeszłam, a mimo to dziękuję Bogu za każdy dzień, za to, że otoczył mnie tak wspaniałymi osobami.
Oczywiście chciałabym wygrać w totolotka, złapać złotą rybkę, czy zmienić kilka rzeczy w moim nie-idealnym życiu, ale nie zadręczam tym ani Boga, ani siebie. Skoro nie jesteśmy szczęśliwi dziś, to jak potrafimy być nimi jutro? Dlatego chwytam każdy dzień i cieszę się z drobiazgów. Wyznacznikiem mojego szczęścia są po prostu ludzie, którzy mnie otaczają. Obecnie mieszkam w Warszawie, dni spędzam na uczelni, po powrocie, jak nie muszę się uczyć, to uwielbiam gotować, chodzić do kina, teatru, opery, czytać ,,Focusa,, i leniuchować w łóżku oglądając filmy lub kanał Discovery.
Przyszłość jeszcze nie jest zupełnie klarowna. Na pewno chciałabym być Westą mojego ogniska domowego, inżynierem, kobietą spełnioną i odnoszącą sukces. Jeżeli chodzi o życie zawodowe, to interesuje mnie oświetlenie budynków, wnętrz, koncertów. Moje marzenie: nieduży domek z białym płotem, wypełniony miłością, szczęściem i… aromatem kuchennych wypieków. Zawsze otwarty dla rodziny i przyjaciół.
Ale miałyśmy chyba wspominać nasze konkursy Miss Polonia… Jak przygotowywałyście się do finału? Ciężko było?
Miałyśmy dwa zgrupowania przedfinałowe. Pierwsze odbyło się w Egipcie w cudownym kurorcie Sharm El Sheik. Razem z dziewczynami zaczerpnęłyśmy trochę słońca, podczas gdy w Polsce wszyscy narzekali na wszechobecną szarość. Drugie zgrupowanie odbyło się w Czorsztynie. Tam nasza kochana Pani Renatka uczyła nas choreografii i… chodzenia, bo wbrew pozorom, chodzenie, a zwłaszcza na szpilkach, nie jest taką łatwą sprawą, gdy trzeba to zrobić z gracją i lekkością.
My też miałyśmy sporo pracy związanej z finałem. Zimowe zgrupowanie dwutygodniowe w Piechowicach, koło Jeleniej Góry. Tam przygotowywałyśmy się do trasy koncertowej po Polsce, podczas której publiczność wybierała swoją Miss. Wiosną, przez tydzień jeździłyśmy do kilku dużych miast i tam występowałyśmy, a publiczność wrzucała kupony z nazwiskami do skrzynki. Nie było Internetu i taki był sposób wyboru tej, którą reprezentanci publiczności z całej Polski uznali za najatrakcyjniejszą. Z sentymentem wspominam te czasy. Nie jestem przeciwniczką Internetu, bo świat idzie do przodu i rozwój jest nieunikniony, ale był urok w tamtych czasach i działaniach.
Przed wyjazdem w Polskę (wybór Miss Publiczności), miałyśmy sesję zdjęciową na warszawskim Hipodromie. Było to kilkugodzinne spotkanie z fotografami, którzy robili nam zdjęcia i w wyniku tej sesji wybierali swoją Miss Foto (tu też obeszło się bez Internetu). W lipcu odbył się finał konkursu Miss Polonia. Tradycją kilkuletnią były finały w Operze Leśnej w Sopocie. Do gali przygotowywałyśmy się przez dwa tygodnie na letnim zgrupowaniu w Wieżycy na Żuławach.
Dość dokładnie opisałam kolejne szczeble konkursu wraz z przygotowaniami do występów. Widać z tego, że sporo miałyśmy pracy i wybory nas absorbowały. Podczas zgrupowań uczono nas nie tylko autoprezentacji, sztuki makijażu i wizażu, czy też umiejętności poruszania się.
Ćwiczyłyśmy układy taneczne i piosenki. Na ćwiczenie tańców przyjeżdżali do nas do Wieżycy chłopcy z klubu tańca towarzyskiego z Gdyni. Przygotowania pochłaniały wiele godzin ciężkiej pracy. Efekt był taki, że do dziś moi znajomi i rodzina wspominają, jak to musiałyśmy w krótkim czasie stać się niemalże artystkami estradowymi. Przygotowania były trudne, ale też pozostały nam po nich konkretne umiejętności (ja do tej pory znam piosenki śpiewane w finale).
Teraz są inne czasy. Inne media. Chociaż… nie przypominam sobie, żeby media rozpisywały się o jakichś sensacyjkach. Raczej były to artykuły opisujące finalistki lub nasze zgrupowania, co robimy, jemy itd. Spotkałam się natomiast z nienawiścią, jaka potrafi pałać od ludzi komentujących te artykuły. Oczywiście anonimowo w Internecie większość osób pisała, że jesteśmy brzydkie, sztuczne, grube, głupie itd. – różnorodne obelgi, żeby tylko ulżyć sobie robiąc przykrość innym. Mi też to zrobiło dużo przykrości, zwłaszcza, że bardzo zaangażowały się w komentowanie osoby, które mnie znają. Nie chciałabym o tym opowiadać, bo to smutne ile gniewu, kompleksów i nienawiści potrafią mieć w sobie ludzie, pewnie ,”chrześcijanie”, ha ha ha.
Porozmawiajmy proszę o przyjemniejszych rzeczach. A Twoje koleżanki finalistki? Jaka była atmosfera wśród Was? Czy odczuwalne było współzawodnictwo między Wami?
Najbardziej podczas zgrupowania polubiłam Olę Cielemencką – wspaniała dziewczyna. Mamy ze sobą kontakt do tej pory i z racji tego, że obie studiujemy i obecnie mieszkamy w Warszawie, to wydaje mi się, że znajomość przetrwa. A jak było w Twoim roczniku?
Zawsze i wszędzie to podkreślam, że nasz rok był wyjątkowy pod względem atmosfery panującej między finalistkami. Było sympatycznie i bez większych afer. Porównując rok poprzedzający nasze wybory, każdy był zaskoczony naszą postawą i atmosferą wśród nas. Dobrze się bawiłyśmy. Było dużo miłych, sympatycznych i zabawnych dziewczyn. Tylko nieliczne były te, które miały widoczne parcie na zwycięstwo. Współzawodnictwo było, ale jak któraś z nas chciała, to mogła je potraktować z humorem, bo przecież i tak było wiadomo, że każda nie może wygrać, a faworytki wysuwały się na czołówkę i nie można było mieć do nikogo o to pretensji. Taki konkurs, takie gusta.
Przyjaźnie na wyborach Miss pewnie są możliwe, bo ja bardzo lubiłam Joasię Gapińską, z którą mieszkałam w pokoju podczas kolejnych zgrupowań. Myślę, że lubiłyśmy się z wzajemnością i to, że nie mamy ze sobą kontaktu, to nie wynik zazdrości lecz po prostu braku czasu, odległości i naturalny powrót do swoich rodzin i przyjaciół sprzed konkursu.
Nasz rok naprawdę był bez aferowy. Albo ja byłam taka naiwna i nie wszystko widziałam. Jeśli tak było to dobrze, bo mam dobre wspomnienia.