Wywiad z Katarzyną Oracką – finalistką Miss Polonia 2013, reprezentantką Polski na Miss International 2013
Wywiad przeprowadzony przeze mnie dla Globmiss w marcu 2014 r.
W imieniu Czytelników Globmiss i własnym Witam Cię ponownie Kasiu! Nawet sobie nie wyobrażasz, jak Ci zazdroszczę Twojej podróży do tak egzotycznego i ciekawego kraju, jak Japonia… I zapewne nie tylko ja 🙂
Witam serdecznie 🙂 Nigdy wcześniej nie byłam w Azji, dlatego przed wylotem w tak egzotyczną podróż przeczytałam kilka książek o Japonii. Jednak to co jest w nich zawarte, nie odzwierciedla tego z czym sama się tam zetknęłam. Tokio to miasto zupełnie z innej planety. Wszystko jest inne. Począwszy od ruchu lewostronnego na ulicach, braku koszy na śmieci, a skończywszy na plastikowym jedzeniu imitującym prawdziwe potrawy, znajdującym się na wystawach sklepów, barów i restauracji.
Mimo braku koszy na śmieci, ulice Tokio są czyste – nigdzie nie widziałam papierka ani niedopałka papierosa. Obowiązuje zakaz publicznego palenia papierosów. Do tego przygotowane są specjalne szklane pomieszczenia. Ogromne miasto, liczące ponad 12 milionów ludzi, pomimo wyraźnego przeludnienia, zaskakuje panującą w nim ciszą… Ludzie przemykają w milczeniu. Nie spotkałam nikogo, kto by na ulicy rozmawiał przez telefon lub spożywał jakiekolwiek pokarmy czy też napoje. Ruch na ulicach Tokio jest ogromny, a kierowcy są niesamowicie spokojni, kulturalni, w dodatku bardzo przestrzegają przepisów i nie używają klaksonów. Tego czego z pewnością moglibyśmy się od nich nauczyć, to cierpliwości. Rozbrajający był widok policji poruszającej się na rowerach. Zastanawiałam się, jak ten wariant sprawdziłby się u nas 😀
Zaskoczeniem dla mnie byli ludzie noszący maski na twarzach zarówno na zewnątrz, jak i w pomieszczeniach. Pierwsze skojarzenie gdy ich zobaczyłam: O mój Boże, Michael Jackson!!! ?? Ciężko było przywyknąć do tego widoku, który budził powszechną sensację wśród nas.
W mojej pamięci zostanie z całą pewnością japońska toaleta, a na samo wspomnienie tego niebywałego wynalazku od razu pojawia się uśmiech od ucha do ucha… Urządzenie, które każdemu przypadłoby do gustu. Automatycznie podgrzewana deska wydająca dźwięki wodospadu i posiadająca jeszcze parę innych ciekawych funkcji. Szkoda, że nie chcą się podzielić takim cudem techniki, bo z pewnością zakupiłabym go sobie do domu.
Mankamentem dla mnie było natomiast wyżywienie. Dokładnie pamiętam mój pierwszy lunch – zestaw pełen różnych „ciekawych dań“, większość nie do zidentyfikowania. Siedząca obok mnie Miss Makao wyjaśniła dokładnie, co się znajduje w każdym naczyniu… Przerażona byłam, gdy dowiedziałam się, że w jednym z nich mam robaka prosto z ziemi w sosie !!! Moja wyobraźnia zaczęła intensywnie pracować. Drugą „niespodzianką” była na pozór normalna zupa miso, z której wyłowiłam fioletową galaretowatą kulkę z czarną kropką. W tym momencie przelała się czara goryczy. Nikt nie wiedział, co to jest! Stwierdziłam ze smutkiem, że moje menu będzie ubogie i przez 4 dni ograniczyłam się do ryżu. Dziewczyny z Azji nie narzekały na mój brak apetytu – z przyjemnością zjadały moje porcje. Moja konkluzja jest taka: jedzenie w Japonii to prawdziwa zagadka. Nigdy nie wiesz, co jesz, a nawet jak myślisz, że wiesz, to nawet nie wiesz, jak bardzo się mylisz 😀 Na moje szczęście organizatorzy szybko zauważyli, że większość dziewczyn ma problem ze spożywaniem japońskiego jedzenia i byli tak mili, że urozmaicili nam posiłki. Po 4 dniach diety ryżowej zjadłam z ogromnym apetytem cały talerz spaghetti – byłam w niebie !!!
Drugim mankamentem była bez wątpienia słaba znajomość języka angielskiego wśród Japończyków. Tego się nie spodziewałam. Już w hotelu, gdzie powinno być z tym bardzo dobrze, dało się zauważyć trudności w podstawowym komunikowaniu. Na zewnątrz trudno było znaleźć kogokolwiek, kto umiałby odpowiedzieć nawet na najprostsze pytania. Nie polecam podróży na własną rękę, bo wszelkie napisy i oznaczenia są w języku japońskim. Nie ma oznakowania ulic, a poruszanie się metrem to prawdziwe wyzwanie.
Co Cię najbardziej zaskoczyło w czasie trwania konkursu Miss International i jakie są Twoje najzabawniejsze i najgorsze wspomnienie z tego czasu?
Zaskoczyło? Wszystko było dla mnie nowe. Zmiana strefy czasowej była dla mnie bardzo odczuwalna i miałam duże problemy ze snem. Bardzo mało spałam. Ale dzięki temu, że wcześnie wstawałam i szybko potrafiłam się ogarnąć, to moja współlokatorka Nathalie mogła swobodnie korzystać z łazienki.
Najgorsze dla mnie było uczestniczenie w ceremonii krojenia ogromnego tuńczyka na oczach wszystkich. Nigdy wcześniej nie widziałam tak olbrzymiej ryby ważącej 220 kg i chyba jako jedyna nie byłam tym zachwycona.
Z całą pewnością niezapomnianą przygodą była całodniowa wyprawa na Hakone Area. A najzabawniejsze było to, że sprzedawano tam „magiczne czarne jajka“, po zjedzeniu których rzekomo życie wydłuża się o 7 lat !!! Odór siarkowodoru skutecznie mnie odstraszył i nawet wizja dłuższego życia nie przekonała mnie do takiego poświęcenia. O walorach smakowych tego „cudownego“ jajka, nie chcę nawet myśleć.
Odwiedziłyśmy również japońskie przedszkole, które nieco różni się od naszego. Powitano nas tam bardzo serdecznie. Przedszkolaki ubrane były w jednakowe mundurki, a o przynależności do konkretnej grupy informował kolor przepaski na głowie dziecka. Atrakcją, w której miałyśmy okazję uczestniczyć, było przyrządzanie tradycyjnych ciastek ryżowych, które przygotowuje się w Japonii jedynie w okresie Świąt Bożego Narodzenia. Pod koniec naszej wizyty poznałyśmy prawdziwego wojownika Kendo. Z całą pewnością uwieńczeniem wycieczki była podróż autobusem przedszkolaków, w którym krzesełka były tak malutkie, że ciężko nam było się zmieścić 🙂
No to wiemy już sporo o Japonii. To teraz opowiedz o samym konkursie Miss International. Jak przebiegało zgrupowanie i jak oceniasz jego organizację?
Poza samym finałem wszystko wspominam bardzo pozytywnie. Począwszy od podróży samolotem, po zakwaterowanie w hotelu i pobyt. Zapewniono nam wysoki komfort, dbano o nas i pilnowano, aby nic nam się nie stało.
Organizatorzy podzielili nas na grupy 9-10 osobowe, każda grupa miała swoją opiekunkę. Moją chaperone – Manami mogę określić jako najbardziej zakręconą kobietę na świecie, której wszystko się myliło i nigdy nic nie wiedziała na czas, za to serce miała przeogromne 😉 Manami miała wielki problem z wymówieniem mojego imienia, stąd zostałam Katanią, na dodatek nie z Poland tylko z PoRland. Katania przylgnęła do mnie chyba już na dobre, bo po powrocie do Polski zarówno bliscy jak i znajomi w dalszym ciągu tak się do mnie zwracają.
Do Japonii poleciałam chora, z anginą i z całym zestawem lekarstw. Przez pierwszy tydzień czułam się bardzo osłabiona, później było już dużo lepiej. Całe zgrupowanie przebiegało bez zarzutu, choć wg mnie było ono źle zaplanowane i można ponarzekać jedynie na bardzo napięty grafik. Opuszczałyśmy hotel rano, a wracałyśmy zmęczone wieczorem i spałyśmy bardzo krótko. Nieporozumieniem były wieczorne eventy, do których miałyśmy tylko godzinę na wyszykowanie się po całym dniu spędzonym w mieście. A to zdecydowanie za mało… Od organizatorów dostałyśmy na czas zgrupowania iPhone 5, dzięki którym mogłam na bieżąco wrzucać zdjęcia na fanpage’a. Z powodu braku czasu kontakt z bliskimi miałyśmy bardzo ograniczony, ja z reguły robiłam to o 4- 5 rano czasu tokijskiego. Oczywiste jest, że każda z nas chciała wykorzystać te 2 tygodnie jak najlepiej – chciałyśmy jak najwięcej zobaczyć i przeżyć, dlatego nie uskarżałyśmy się na niedogodności braku snu czy zmęczenia.
A jak wyglądały relacje pomiędzy dziewczynami? Jaka była atmosfera? No i czy nawiązałaś jakieś przyjaźnie?
Przed wyjazdem miałam wiele obaw… na szczęście myliłam się 🙂 Dziewczyny były bardzo sympatyczne, życzliwe, otwarte na nowe znajomości. Praktycznie wszystkie bardzo polubiłam, spędzałyśmy ze sobą dużo czasu. Było wesoło i czas płynął nam szybko. Nie było czuć w ogóle rywalizacji. Nim się zorientowałyśmy, nadszedł dzień finału. Nadal wspierałyśmy się nawzajem, poprawiałyśmy włosy, pożyczałyśmy biżuterię i życzyłyśmy sobie powodzenia przed wyjściem na scenę. Wszystko co dobre, szybko niestety się skończyło i po konkursie musiałyśmy się rozstać.
Mieszkałam w pokoju z Miss Holandii, która dla mnie była wielką zagadką. Jej pasją życiową są konkursy piękności. Najbardziej interesowały ją moje włosy, ponieważ nie mogła uwierzyć, że ja, w przeciwieństwie do niej i większości dziewczyn, nie mam doczepianych, a mam tak naturalnie gęste. Ku mojemu zaskoczeniu wszystkie Azjatki nosiły soczewki zmieniające kolor tęczówki. A u co poniektórych, dało się zauważyć innego rodzaju „zmiany“ w wyglądzie. Po konkursie na pewno stałam się dużo bardziej tolerancyjna i otwarta na nowości kosmetyczno – estetyczne 😉
Najbardziej zżyłam się z Miss Wielkiej Brytanii – Beth, którą poznałam już na lotnisku w Zurichu i która niedługo przyleci do mnie w odwiedziny do Polski. Najwięcej czasu spędzałam z Miss Holandii, Finlandii, Filipin, Belgii, Indii, Libanu i Meksyku. Bardzo polubiłam dziewczyny z Ameryki Południowej. Latynoski są świetne, bardzo serdeczne i co najważniejsze, mają poczucie humoru. Tańczyłyśmy razem salsę, a ja rozbawiałam je do łez moim hiszpańskim, którego nigdy się nie uczyłam wcześniej, a pamiętam jedynie poszczególne zwroty z filmów. Ale zabawa była przednia 😀 Niestety większość słabo znała angielski, a niektóre z nich wcale. Na miejscu miały swojego tłumacza. Ale łamany angielski i hiszpański w połączeniu z językiem migowym to gwarancja sukcesu na porozumienie się 😀
Wcześniej powiedziałaś, że wspominasz pozytywnie wszystko, poza samym finałem. Co zatem było nie tak, jeśli chodzi o organizację finałowej gali ?
Największym absurdem były próby do finału, które trwały krótko, bo zaledwie 1,5 dnia. Według mnie to zdecydowanie za mało czasu na perfekcyjne przygotowanie choreografii, tym bardziej, że każde z trzech wyjść znacznie się od siebie różniło, zarówno samym układem, jak i miejscem wejścia i wyjścia ze sceny… Nauka choreografii, tańca i wszystkiego to trochę za dużo szczęścia na tak krótki czas. Miałyśmy jednak szczęście pracować ze wspaniałym choreografem, którego będę bardzo miło wspominać. Jego ciepło, doping, wiara w nas były bardzo budujące i dodające nam otuchy.
Sam dzień finału był koszmarny, bo już z samego rana wyruszyłyśmy na próby, które trwały długo, bo aż 6 godzin, bez przerwy do godziny 12.00. Następnie godzina na umalowanie się i uczesanie oraz przygotowanie swojego wyglądu do próby generalnej, podczas której odbyły się również preeliminacje. Byłam bardzo zadowolona ze swojego wyjścia w trakcie tej próby, choreograf bardzo mnie pochwalił. Dałam z siebie 100%. Na scenie czułam się bardzo pewnie. Później robiono nam zdjęcie grupowe w sukniach wieczorowych razem z jury. Wszystko skończyło się około 16:00 i miałyśmy zaledwie godzinę, aby poprawić makijaż i dość sfatygowane włosy. Jedna rzecz mnie doprowadzała do szału… to fakt, że w naszej garderobie moje miejsce do szykowania znajdowało się obok stanowiska fryzjerów. Za każdym razem po powrocie ze sceny moje rzeczy były poprzekładane i traciłam dużo czasu na ich odnalezienie. Było to niezwykle irytujące i utrudniające… O 17:30 rozpoczął się koncert finałowy. Łatwo sobie wyobrazić, w jakiej formie byłyśmy po tym wszystkim na samym finale oraz w jakiej kondycji znajdowały się nasze włosy, które były zmaltretowane po ciągłym przebieraniu się w trakcie prób. Zmęczenie dało nam się bardzo we znaki.
Uważam, że kulminacyjny moment zgrupowania przed samym finałem powinien przebiegać w spokojnej atmosferze, a my powinnyśmy być świeże i wypoczęte na sam występ. Wszystko zostawiono na ostatnie 2 dni… a w zasadzie na ostatni dzień. Z tego pośpiechu Miss Kostaryki miała wypadek – w przeddzień finału, poparzyła stopę prostownicą i zabrano ją do szpitala… Na szczęście dzięki środkom znieczulającym, choć bardzo cierpiała, mogła wziąć udział w gali finałowej.
Zwieńczeniem finałowej gali jest to, na co wszystkie czekałyście najbardziej, czyli werdykt końcowy. Miss International 2013 została Miss Filipin. Jak oceniasz ten wybór?
Co sądzę o werdykcie… okazał się nieprzewidywalny. W Top 15 zabrakło dziewczyn, w których widziałam potencjalne „rywalki” i których awansu byłam niemalże pewna, a z całą stanowczością mogę powiedzieć, że im się należał. Wszyscy byli bardzo zaskoczeni, że Miss Nowej Zelandii najpierw zdobyła tytuł Miss Friendship, następnie weszła do Top 15, a ostatecznie została 2 Wicemiss (dla mnie to kompletne nieporozumienie). Top 3 to dziewczyny z mojej grupy. Ze zwyciężczynią Bea miałam bardzo dobry kontakt, wspierałyśmy się przez całe zgrupowanie. Wiedziałam, że będzie wysoko, bo na konkursach piękności mocna pozycja Filipin to w tej chwili standard. Cieszę się, że to ona z Top 5 dostała koronę, ponieważ wiem, jak bardzo jej na tym zależało. Ten tytuł na pewno odmieni jej życie na lepsze i pomoże w budowaniu przyszłości. Bea jest bardzo miłą, ciepłą osobą i dobrze jej życzę, niech spełnią się jej wszystkie marzenia.
Dużo kontrowersji wzbudził wybór Miss Foto. Krążyły plotki na temat Miss Litwy. Okazało się, że Elma jest modelką, która przez dłuższy czas pracowała w Japonii i jest znana w kręgach tamtejszych fotografów. Co ciekawe, obecnie mieszka na Tajwanie.
To jest konkurs i niestety o sukcesie decydują różne czynniki, na które często my sami nie mamy wpływu. Gdyby nie okoliczności, w jakich miałam nieprzyjemność uczestniczyć, to brak awansu do Top 15 nie byłby dla mnie przykry. Po tym konkursie uzmysłowiłam sobie, że polityka odgrywa na nim kolosalną rolę, a ci co naiwnie wierzą, że jest inaczej… no cóż są w błędzie.